sobota, 20 marca 2010

historia




Garrus nie miał tego szczęścia - nie urodził się w Mortiel. Był zwykłym amerykańskim chłopcem, opuszczonym przez rodzinę. Mieszkał w jednym z nowojorskich przytułków; jednak nie zbyt długo. Jak każdy metamof rozwinął swoje zdolności dopiero po kilku latach, wcześniej funkcjonował jak normalny człowiek.  Miał pięć lat kiedy po raz pierwszy się przemienił. Nic nadzwyczajnego - kot, dachowiec, którego zobaczył za oknem podczas jednej ze wspólnych zabaw z kolegami. Wtedy się zaczęło. Opiekunka najpierw zadzwoniła po egzorcystę, ale to nic nie dało, więc poinformowała o wszystkim policję. Tamci poinformowali wojsko, a wtedy zabrano go do miejsca przypominającego tą całą Strefę 51 - tylko prawdziwą. Prowadzono na nim eksperymenty. Tamtejsi naukowcy uznali, że próba zmutowania jego systemu immunologicznego zrobi z niego genialnego żołnierza, potem zrobi mu się małe pranie mózgu i USA zyska nową tajną broń. Cóż, mutacja powiodła się; może nie tak jak tego oczekiwali, ale Garrus nie miał już nic wspólnego z człowiekiem, o ile wcześniej miał. DNA chłopca zmieniło swoją strukturę na prawoskrętne aminokwasy, kości rozrosły się, wzmocniły wczepionym vibranium, a także wytworzyły coś na rodzaj pancerza, osłaniającego kark oraz klatkę piersiową, palce zrosły się w szpony, i tak dalej. Najważniejszą zmianą była mutacja jego zdolności - mógł przemieniać się jedynie...w dinozaury, nic poza tym. Cały proces trwał jakiejś dziesięć lat. Vakarian wszedł akurat w okres buntu, albo po prostu zebrał w sobie na tyle odwagi, aby w końcu uciec. Poczekał na dobry moment, przemienił się w tyranozaura, po czym zaczął niszczyć wszystko co napotkał na swojej drodze. Było ciężko, bardzo ciężko. Pewnie umarłby, gdyby nie stalowy pancerz, który gdzieniegdzie go osłaniał. Udało mu się wydostać. Po dwóch tygodniach trafił do jakiegoś portu, tam odnalazł go jeden z marynarzy floty Mortiel. Przygarnął go i wychował na żołnierza. Garrus uczył się wszystkiego z niesamowitym zaangażowaniem, chociaż był młodszy niż inni adepci, w niektórych dziedzinach był od nich lepszy. Do trzydziestego roku życia był wiernym członkiem floty, później odszedł, po tym jak pokłócił się ze swoim dowódcą. Wyjechał do Gire, żeby tam na własną rękę zaprowadzić porządek. Skutecznie pozbył się kilku szajek przestępczych oraz działał większości na złość. Udało mu się nawet zebrać mały, "partyzancki" oddział. Miejscowi nazwali go ''Archaniołem''. Osobiście nie utożsamiał się za bardzo z tym tytułem, ale w głębi duszy spodobało mu się to. W Batmana bawił się jakieś pięć lat. Później mafie połączyły siły, organizując obławę na metamorfa. Przekupili jednego z jego ludzi, resztę wybili, dzięki dobrze zorganizowanej zasadzce. Następnie weszli do bazy Garrusa, udało mu się bronić przez dwadzieścia cztery godziny, w końcu jednak stracił zbyt dużo krwi i energii. Na szczęście w tym samym czasie do Gire przybył jego dawny przyjaciel po fachu  - Stanley. Razem ze swoimi ludźmi pomogli Vakarianowi. Uratowali mu życie, chociaż na twarzy mężczyzny zostały ogromne blizny, no i jest praktycznie ślepy na jedno oko, więc nosi cybernetyczny okular. Metamorf postanowił wrócić do floty i zdobyć na tyle władzy, by działać swobodnie na morzu. Udało się. Od dziesięciu lat jest kontradmirałem, skutecznie odmawia kolejnego awansu, tłumacząc, że najwięcej zrobi na froncie ze swoimi ludźmi, a każde wyższe stanowiska zmusza go do częstszego pobytu poza frontem. Mimo wszystko udało mu się całkiem nieźle ustawić. Ma własną willę w Tygę, kolekcję karabinów i drogie urządzenie do badania struktur DNA, gdyż cierpi na wyjątkową chorobę (chyba jako jedyny w całym Mortiel) - dzięki, której jego ciało ciągle mutuje w mniejszym, lub większym stopniu. Próbuje to powstrzymać, bada się regularnie, bierze nawet całą masę leków w nadziei, że kiedyś odzyska chociaż normalną twarz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz