czwartek, 30 marca 2017

"There's no rest for the wicked"


kapitan na pokładzie MNBS Andromedy | Salree | biotyk | głos | a wicked shot
Salira Shepard
Death  will  take  those  who  fight           a l o n e.
Twoje życie niemal od zawsze było ściśle związane z oceanem. Choć nie urodziłaś się na statku, służyli tam Twoi rodzice, których jako małe dziecko widywałaś tylko wtedy, kiedy w ramach przepustek schodzili na ląd. Matka opowiadała Ci o okręcie i jego załodze, a Ty łapczywie chłonęłaś każde jej słowo. Prosiłaś ojca, by zabrali Cię ze sobą, ale odpowiedź brzmiała za każdym razem tak samo: „Jesteś zbyt młoda, kochanie.” Jedyne, co Ci pozostało, to słuchać kolejnych opiekunek i skupić się na nauce, jednak nie przychodziło Ci to łatwo. Z niecierpliwością wyczekiwałaś dnia, kiedy będziesz mogła porzucić stały ląd i tak jak rodzina, rozpocząć życie na pokładzie krążownika. Jako córka kapitana z dumą nosiłaś swoje nazwisko, marząc o tym, by kiedyś być taka jak on. Dbać o swoich podwładnych, zapracować na ich szacunek i kierować się honorem. 
Stało się, jesteś tutaj. Masz własny statek, swoją załogę, która jest teraz Twoją jedyną rodziną. Rodzice zginęli podczas jednej z największych bitew morskich ostatnich kilkudziesięciu lat, pojmani przez ludzi. Do tej pory zastanawiasz się, jak to możliwe, że dwójka wyszkolonych biotyków nie zdołała zbiec z niewoli. Przeczuwasz, że było w tym wiele ich osobistej winy. Zapewne usiłowali nakłonić ludzi do odwrotu, może nawet walczyć, ale ugięli się pod liczebną przewagą wroga. Ich ciała nie były w końcu tak różne od ludzkich. Jedyna różnica to ciężkie sploty tkanek, wzmacniające kruche kości, słabe mięśnie i delikatną skórę; zapewniające ponadnaturalną siłę, zwiększoną szybkość i odporność na mechaniczne uszkodzenia. Czasem zapominasz, że wciąż łatwo Cię zabić - wystarczy jeden celny strzał w głowę, lub w serce. Oni najwyraźniej również o tym zapomnieli. Nie winisz ich, winisz ludzi. Wbrew temu, jak usilnie wpajano Ci do głowy, że nienawiść to wyniszczająca emocja, nie potrafisz jej w sobie zdławić. Czujesz ją za każdym razem, kiedy myślisz o rasie ludzkiej i wiesz, że już nigdy nie wybaczysz im tego, co zrobili z Twoim życiem. Na szczęście zachowujesz pełen profesjonalizm, starając się nie wysadzić każdego ludzkiego statku, który znajdzie się w polu rażenia, nawet jeśli o niczym innym nie marzysz. Wiesz, że zemsta nie jest rozwiązaniem, że nie zwróci Ci bliskich, ani młodości. Musiałaś dorosnąć bardzo szybko, szkoląc się na statku ojca. Służąc pod dowództwem  jego dawnego rywala szybko nauczyłaś się pokory i równie szybko, kiedy tylko byłaś w stanie samodzielnie poprowadzić krążownik zeszłaś z pokładu Chimery. Po śmierci rodziców i tak nic już nie było tam takie samo, załoga wykruszyła się, zastąpili ją obcy ludzie, którym nie ufałaś. Zapragnęłaś stworzyć własną historię, zamiast kontynuować tę napisaną przez powszechnie znanego na oceanie kapitana Sheparda. Teraz jesteś panią swojego losu, zebrałaś ludzi i razem wypełniacie misję, której wszyscy inni się obawiali. Przecieracie szlaki dla przyszłych pokoleń i to napawa Cię dumą.

Hej, cześć i czołem! Na wizerunku żeńska odsłona Johna Sheparda z serii Mass Effect, przychodzimy do Was po wątki, więc pytania o chęci można sobie darować. Zakładki pomału się budują, pierwszy gif mojego autorstwa. Kontakt do mnie: 10608456 (GG). Bawmy się!

19 komentarzy:

  1. [O kurczę! Uwielbiam ją za samo wizu! :D Po prostu kocham połączenie rudych włosów i zielonych oczu ^^ Gdybym miała tu jakiegoś Pana to chętnie bym się zakręciła hue hue. Niestety nie mam - co pewnie bardzo cieszy Persa xD Oczywiście witam Cię serdecznie, KP bardzo mi się podoba no i życzę udanych wątków. Jeżeli najdzie Cię ochota to, oczywiście, zapraszam do moich postaci!]

    Akela/Febe

    OdpowiedzUsuń
  2. Wujasio! (to mi nigdy nie przejdzie) Cześć, cześć na BtC! Specjalnie nie podglądałam karty co jest złe i tylko po łapkach strzelać za to, więc nie wiedziałam, co tworzysz. Nie zawiodłam się, bo jak zwykle stworzyłaś coś meeega. Pers będzie zadowolona, a jak!
    Tego, nie opuszczaj nas szybko i miłej zabawy Ci życzę. ♥

    standardowo podpisik: Ýril

    OdpowiedzUsuń
  3. MOJE SZCZĘŚCIE, OMG! ZACZNĘ JAK TYLKO SIĘ OGARNĘ Z OBOWIĄZKAMI NA JUTRO. <3 ZAJEBISTY PREZENT NA URODZINY! <3 W SUMIE JAK CHCESZ MOŻESZ ZACZĄĆ, ALE WIEDZ, ŻE CIE NIE ODDAM.
    THERE IS NO SHEPARD WITHOUT VAKARIAN - rimember, kuchwa. <3

    OdpowiedzUsuń
  4. [Oo tak, nie mam nic przeciwko wielkiej rodzince, Febe przyda się tego rodzaju wsparcie. Biedna się zawsze wpakuje w jakieś tarapaty :D Jeżeli chcesz możemy zacząć jakiś wątek, związany właśnie z tarapatami, między samymi dziewczynami, a później zorganizuje się coś w trójkę. Nie wiem jak wyglądają relacje Saliry i Garrusa już teraz, ale jeżeli się znają to możemy też zacząć od razu od grupowego wątku ^^]

    Febe

    OdpowiedzUsuń
  5. Przepustka Garrusa z dniem dzisiejszym dobiegła końca. Wszystkie aktualne sprawy zostały już umówione, zadania przydzielone, a on sam miał wypłynąć nowym statkiem dowodzonym przez niejaką Shepard. Kojarzył to nazwisko - Stanley uświadomił go, że kiedyś służyła pod jego komendą, ale później ich drogi się rozeszły, gdy Red zaczął robić karierę w Siłach Powietrznych Mortiel. Przypomniał sobie, że widział ją kiedy został uratowany z Gire; już wtedy wydawała się mieć silny charakter - godny dowódcy, nie spodziewał się jednak spotkać jej po dziesięciu latach pod swoją komendą jako kapitana. Tylko jego obecność na statku będzie ograniczać ją od pełni władzy. Cóż, miał nadzieję, że nie będzie miała z tym żadnych problemów; jeśli tak...najwyżej poszuka polubownego rozwiązania konfliktu, albo wylądują na ringu, jak to miał w zwyczaju rozprawiać się z nieposłuszną częścią załogi. Tęgie baty bardzo szybko uczyły respektu. Wiedział to z doświadczenia.
    W Salree był dwa dni przed umówioną datą. Pozałatwiał własne, osobiste sprawy – o ile można było je tak nazwać. Tak naprawdę nie miał nic konkretnego do roboty. Parę godzin spędził w pubie, popijając piwo, kolejne godziny oglądał port, a raczej statki wojenne. Każdy z nich robił wrażenie. Ogromne, wyposażone w broń nowocześniejszą od ludzkiej, stworzone do ciężkich bitew. Nasłuchiwał rozmów załogantów. Część z nich znała już najnowsze plotki o Andromedzie. Z niesamowitą pasją i nutą przerażenia wymieniali się spekulacjami na temat perły mortielskiej floty wojennej. Każdy z nich pragnął poznać prawdę, ujrzeć go na własne oczy, jednak sami w większości czuli lęk przed wejściem na pokład statku. W końcu dopiero za jakiś czas jeden z kontradmirałów osobiście sprawdzi stan statku. Nie wiedzieli jeszcze, że to Vakarianowi przypadła ta zaszczytna misja. Osobiście miał dreszcze kiedy tylko myślał o możliwości zanurzenia się w trakcie ostrzału. Dawało to tyle nowych możliwości, które pragnął przetestować już teraz. Zaplanował już trasy. W pierwszym tygodniu dobiorą się do jednego z pirackich statków, który jakiś czas temu zaczął nękać porty w pobliżu Eflei. Ryzyko było umiarkowane, ale nie mógł nic przewidzieć, nie znając możliwości Andromedy. Musiał się tylko przekonać, wtedy zacznie organizować prawdziwe misje – takie, od których aż włosy na skórze się jeżą (oczywiście, jeśli ktoś włosy posiada).
    Nareszcie nadszedł ten dzień. Garrus zjawił się w porcie równo z przybyciem statku. Zaraz udał się na pokład, na którym przywitała go cała załoga. Przeszedł tuż obok nich w swoim mundurze i przewieszonym przez ramię ukochanym karabinem. Ręce trzymał za plecami, szedł prosto, sprawiając wrażenie wypranego z wszelkich uczuć, co ułatwiała mu jego pozbawiona emocji żuwaczka. Stanął naprzeciwko Shepard, nachylając delikatnie głowę, aby spojrzeć w jej oczy – oczy w odcieniu pięknych, żywych szmaragdów, które jakby usiłowały wedrzeć się w Twoją duszę, zdobyć nad nią dominację, jednak Vakarian się nie poddał. Odwzajemnił jej spojrzenie, dodając przy tym krótkie:
    - Komandorze, Shepard. Garrus Vakarian – odwrócił wzrok od niej, wertując wzrokiem członków załogi. Wyglądali na silnych – fizycznie i psychicznie – to dobrze. – Kiedy możemy wypływać? Wolałbym umówić wszystko na pełnym morzu. Zaprowadzisz mnie do mojej kajuty, zostawię swoje rzeczy, a potem pokażesz mi cały statek. Zrozumiano, komandorze? – zapytał, nie spuszczając spojrzenia z jej szmaragdowych, drylujących oczu. Podświadomie wyczuł swego rodzaju wyzwanie – walczyli o władzę, dominację na tym statku. To był jej teren, ale prawo zmuszało ją do uległości, której zdawała się nienawidzić, a on uwielbiał czuć tą wyższość, niezależność od innych – być prawem, sprawiedliwością.


    Garrus <3

    Przepraszam, nie umiem zaczynać ładnie. Poza tym robię błędy, przepraszam.

    OdpowiedzUsuń
  6. Wysłuchał słów kobiety ani na minutę nie spuszczając z niej wzroku. Nigdy w życiu nie ugnie się pod czyimś spojrzeniem – to była oznaka słabości charakteru, przyzwolenia na zdominowanie się. Jej słowami nie bardzo się przejął. Mógłby wziąć kogoś innego, owszem. Tylko problem tkwił w tym, że to ona najlepiej znała ten statek – nie technicy. To ONA, nie kto inny planował każdą misję do jego przybycia, to ONA podejmowała ryzyko utraty członków załogi i przede wszystkim to ONA jako pierwsza zaufała Andromedzie. Wybór jej na przewodnika był jak najbardziej logiczny.
    - Kontradmirale. Nie awansujci mnie, kapitanie. Nie jestem aż tak ważny ani zadufany w sobie – rzucił zimno, jednak z lekką nutą ironii. Nie lubił kiedy ktoś nazywał go admirałem. Bronił się przed tym stanowiskiem najlepiej jak tylko potrafił. Nie da się wyrzucić z morza, a admirał musi schodzić na ląd o wiele częściej niż Vakarian mógłby znieść. – Jeszcze się okaże – dodał jeszcze w kwestii towarzystwa. Nie ma najmniejszego zamiaru się z nią kłócić. Teraz to on rządzi na statku, a Shepard będzie musiała to uszanować czy tego chce, czy nie. Oczywiście zdążył usłyszeć o szacunku do przełożonych pani kapitan oraz jej małych wybrykach. Nie bez powodu wytypowano właśnie jego. Dał radę zaskarbić sobie szacunek wszystkich, którzy pod nim służyli, chociaż na początku nikt nie miał zamiaru szanować takiego odmieńca. Ile zajmie mu utemperowanie Saliry? Tydzień? Miesiąc? Miał bardzo dużo czasu, aby się o tym przekonać. Uśmiechnął się w duchu przyjmując to wyzwanie.
    Kiedy odwróciła od niego swój wzrok on tego nie zrobił. Nie miał na razie żadnych spraw do członków załogi, ale ich też pozna i ona mu w tym. Oczywiście nawet jeśli będzie miała ku temu jakieś obiekcje. Przyglądał się krótkiej scence. Widać było, że załoga jest oddana swojemu kapitanowi. Spodobało mu się to. Krnąbrna załoga zawsze oznaczała kłopoty. Z drugiej strony miał nadzieję, że rudowłosa nie zacznie zaraz nastawiać swoich ludzi przeciwko niemu. To by było cholernie nieprofesjonalne. Tym bardziej, że nie jest tutaj by ją karać, tylko zdobyć dowody na sens istnienia takich statków jak Andromeda. Niestety nie wszyscy chcieli wierzyć w słowa kobiety takiej jak Salira – była zbyt niezależna, aby niektórzy mężczyźni zaakceptowali jej racje.
    Ruszył zaraz za Shepard, wcześniej szybko taksując ją wzrokiem. Mundur nie zasłaniał jej kobiecych kształtów, mimo wszystko kształty te były tylko dopełnieniem jej wojowniczej sylwetki. Można by powiedzieć, że wyglądała jak współczesna Amazonka – piękna i silna, tylko że Vakarian nigdy w życiu tego nie powie. Później jego oczy były skupione na krążowniku. Z nabożną uwagą obserwował każdy cal statku. Wyglądał idealnie. Czuł pod skórą delikatne mrowienie, które nasilało się z każdym kolejnym krokiem w głąb pokładu. Czuł się, jakby trafił do militarnego raju. Odstawienie bagażu było dla niego naprawdę porównywalne do kary, ale musiał to zrobić. Takie były procedury. Załatwił to dosłownie po macoszemu. Po prostu gdy znaleźli się przy drzwiach od jego kajuty, otworzył je i bezceremonialnie rzucił walizkę. Nie było w niej nic ważnego, więc miał głęboko w poważaniu czy coś się z nią stało. Zamknął drzwi, a następnie spojrzał na Salirę.
    - Zaczniemy od zbrojowni, później przejdziemy do maszynowi. Resztę pozostawiam Twojej decyzji. Chcę znać każdy, nawet najmniejszy szczegół tego krążownika, więc bądź drobiazgowa. I tak. Czytałem wszystkie Twoje raporty i opis dokładny opis Andromedy, ale teraz chcę to usłyszeć sam, od osoby, która ryzykuje cudzym życiem na prototypie. Zrozumiano? – wydał polecenie. W zasadzie to wszystko co planował powiedzieć przez dłuższy czas. Jeżeli będzie robiła coś nie tak wtedy ją upomni, albo dopyta się o coś co chciałby jeszcze wiedzieć, a ona mu o tym nie powie.



    Twój, na razie oziębły, Garrus. <3

    OdpowiedzUsuń
  7. [ Przepraszam za opóźnione przywitanie ale mam kilka problemów (jednym z nich jest zanik twórczości) ale już się zgłaszam. Mam nadzieję że szybko się zadomowisz i zanurzysz się w morzu wątków. Ja sam zgłoszę się po wątek ale z nową postacią, którą mam zamiar wypuścić niedługo. ]

    Dyrus Riokru

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie był drobiazgowy. Po prostu nienawidził, kiedy ktoś mówił do niego admirale. To było co najmniej irytujące. Chciał walczyć, a admirał najczęściej tylko siedział dupą w bazie i obmyślał niepraktyczne strategie, zapominając o tym jak jest na froncie. Nienawiść przed tym tytułem była spowodowana strachem. Strachem, że on też kiedyś taki będzie. Osobiście wolałby, żeby mówiła do niego po prostu ‘’sir’’, albo zwracała się po nazwisku, ale coś tak mało istotnego mogą omówić kiedy indziej. Teraz liczyła się Andromeda. Wyglądała wspaniale. Nawet jej ściany wyglądały jak mechaniczny, rajski ogród żołnierza. Wręcz z namiętnością przyglądał się każdej śrubce. Całość od wewnątrz prezentowała się niezwykle pociągająco – jeśli statek wojenny można nazwać w ogóle atrakcyjnym. Vakarian czuł coś na rodzaj podniecenia, schodząc na niższe poziomy. Z każdym z nich mógł coraz lepiej zobaczyć szkielet, wiązania statku, rury – wspaniałość. Czuł bijącą zabójczą aurę krążownika. Jakby miał swoją własną duszę, która tak jak on marzyła, aby posłać wrogów prosto na dno słonych wód Mortiel; ciche podniecenie przed pierwszą misją; to mrowienie w palcach, gdy musisz strzelać do żywych jednostek w imię własnej ojczyzny. Okrutna, ale jakże przyjemna rozkosz. Podobnej ekscytacji dostarcza jedynie możliwość wyniesienia rannego kompana z piekła, jakim jest samo serce bitwy. Ten przymus opanowania adrenaliny, wyciszenia się, osłaniania własnym ciałem przyjaciela; ryzykowanie własnego życia w imię braterskiej więzi, którą stworzył ogień walki. Ten statek to początek podobnej podróży dla innych. Wiedział to. Wystarczyło poczuć duszę tego miejsca, duszę, którą tylko ktoś tak zakochany w swoim kraju i sprawiedliwości mógł dostrzec. Kątem oka spojrzał na rudowłosą. Na jej zimne, szmaragdowe oczy. Nie był kobieciarzem. Nie widział w nich większego piękna, chociaż niewiele tęczówek było równie urzekających co te spokojne, głębokie, przenikliwe. Była w nich pewna iskra. Iskra, która jakby oddawała jego emocje. Przytakiwała wszystkim podnieceniom, których doznawał w tym miejscu. Mógł wręcz usłyszeć to samo pragnienie. Ruszajmy do walki. Nie pragnął niczego innego. Jednak musiał pohamować swoje rządze, zastąpić inną, nieco mniejszą przyjemnością. Wybadać statek. Dowiedzieć się o nim pełnej prawdy. Z nią przy boku. Chciałby opowiedzieć jej o tym pragnieniu, ale nie mógł. Nie ufał kobiecie do tego stopnia, jeszcze nie. Wszystkiego dowie się w bitwie, na polu walki, walcząc ramię w ramię o życie, wolność całego Mortiel, o przyszłość tego kraju – młode pokolenie, które nie pozwoli upaść azylowi dla wszystkich istot znienawidzonych przez ludzi.
    Zbrojownia prezentowała się obiecująco. Widział nowoczesną broń, którą sam dwa lata temu wprowadzał na inny statek. Był zadowolony. Przeglądał każdy pistolet, karabin. Sprawdzał ich stan, liczył cicho naboje. Myślał. Wyjaśnienia Saliry była jak muzyka dla jego uszu. Nie słyszał zbędnego pierdolenia czy niepotrzebnego zachwalania. Znała wady i zalety każdej broni i nie bała się jej wyznać. Był zadowolony – na tyle, że pozwolił sobie spuścić z oficjalnego tonu.
    - Słyszałaś o personalizowanej broni, Salira? – zapytał bez ogródek. – Mów mi jak wolisz, tylko nie admirale. Koniec pierdolenia – dodał szybko, podchodząc na dwa kroki do niej. Zdjął swój karabin z ramienia, ustawiając tak, jakby właśnie celował. Broń zadawała się sama wyregulować swoje położenie, celownika nie było, zamiast tego widać było niebieską poświatę przy spuście. Jego okular połączył się z bronią.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Najnowszy model broni. Mają dopiero dwa tygodnie. Niedawno Rada wydała zgodę na wprowadzenie ich. Dostosowują się do użytkownika przez pobranie krwi. Personalizacja trwa trzydzieści minut. Potem użytkownik ma jakby trzecią rękę. Mam jeden prototyp dla Ciebie. Ten jest mój – wyjaśnił. W jego głosie można było wyczuć fascynację, którą pozwolił sobie ukazać czując jakąś więź, wspólny tok myślenia z Shepard. Czuł, że mógł jej powierzyć swoje zdanie, zaufać.
      - Co sądzisz o aktualnym wyposażeniu? – zapytał jeszcze, zanim w ogóle skomentowała jego karabin. – Jeżeli spersonalizowana przypadnie Ci do gustu wymieniamy arsenał. Mam też plan na ulepszenie dział, ale to sprawa do umówienia na mostku. Na sam koniec. Wcześniej chcę wiedzieć co chciałabyś tu zmienić, poprawić. Mam zamiar zrobić z Andromedy krążownik idealny, aby potem reszta statków miała do czego dążyć – mówił. Czuł, że ona go zrozumie. Jego potrzebę modernizacji, ulepszania, kalibracji, minimalizowania błędów. Jedyna oszczędność na jaką mógł sobie pozwolić to oszczędność życia żołnierzy – oni kosztowali majątek. Majątek, którego nie bał się wydać. Nie miał zamiaru ryzykować niczyjego życia, nawet, a może zwłaszcza, jej. Była cenna. Coś w środku tak mu mówiło, coś czego zawsze słuchał – głos z głębi serca.
      Gdy tylko wysłuchał słów rudowłosej, poruszył żuwaczkami. Podobało mu się to co słyszał. Ten niewinny ruch był tego dowodem.
      - Chodźmy do maszynowni – zakończył, przekładając karabin przez ramię.


      Twój, nie wiem jaki, Garrus <3

      wybacz, jestem po alkoholu, już bym flirtowała. dupnie jest pewnie.

      Usuń
  9. Broń palna fascynowała go odkąd pamiętał. Kiedy Malcolm go przygarnął, Garrus największą uwagę skupiał na broniach, dzielił pasję z przybranym ojcem. Z początku było to przyjemne zajęcie, z zapałem uczył się o funkcjonowaniu każdego rodzaju broni, później przyszedł czas na pojedyncze modele. Praktyka ta weszła w krew mężczyźnie do tego stopnia, iż z każdym nowym pistoletem, karabinem, rewolwerem, granatnikiem a nawet strzelbą, która właśnie pojawiła się na rynku, Garrus musiał osobiście dowiedzieć się wszystkiego o broni; karabiny nawet kolekcjonował. Miał każdy model który wyszedł od 1952. Od kilku dekadach doceniał jakie błogosławieństwo niosła ze sobą ta wiedza. Był w stanie dopasować odpowiednią broń do każdego, skalibrować niedociągnięcia, ulepszyć je. Zauważył kilka luk w uzbrojeniu, naprawdę niewielkich, ale takich, które byli w stawnie wyeliminować. Dlatego zdecydował się zapytać rudowłosej o opinię. Oczywiście gdyby protestowała, pewnie by jej nie posłuchał, w wypadku gdy nawet nie dałaby sobie przemówić do rozsądku. Na szczęście nie musiał tego robić.
    Nie spodziewał się, że dźwięk jej własnego imienia wywoła w niej jakąkolwiek reakcję. Jakby ktoś właśnie oblał kobietę kubłem zimnej wody. Nie chciał wywołać takiej reakcji, chyba. Dla niego zwracanie się do innych po imieniu jest całkowicie normalne oraz o wiele wygodniejsze niż te wszystkie pieprzone tytuły, rangi wojskowe. Administracja była męcząca, no i nie ułatwiała porozumiewania się z podkomendnymi. Zimnymi gadkami ciężko było wzbudzić sympatię żołnierzy, zazwyczaj woleli walczyć pod kimś, kto traktował ich jak równym sobie, nawiązywał więź podobną do braterskiej. Tytuły i nazwiska nigdy tego nie ułatwiały. Również jego mała prezentacja nie miała na celu wystraszenia jej. Chciał tylko jej pokazać dzieło, z którego byli ostatnio dumni wszyscy technicy. Może zrobił to zbyt gwałtownie, ale gdyby chciał ją zabić, i tak by to zrobił, może nawet wcześniej. Po prostu powiedział swojeMimo wszystko cieszył się, że karabin ją zainteresował. Aktualnie lepszej broni nie można było nigdzie dostać. Poza tym możliwość personalizacji jaką dawała broń, była naprawdę niesamowita. Każda osobna jednostka mogła otrzymać broń idealnie dostosowaną nie tylko do jej rasy, ale też swojej własnej aparycji, wymagań. Już dwie z czterech jednostek podlegających pod niego (wliczając w to Andromedę, która od dzisiaj była pod jego kloszem) posiadała spersonalizowaną broń. Teraz przyszła kolej na ten krążownik.
    Nie miał pojęcia jak dotrzeć do Shepard. Nie szukał też ku temu żadnej ścieżki. Oczywiście o wiele łatwiej byłoby im współpracować, gdyby oboje dobrze się dogadywali, jednakże nie miał najzwyczajniej w świecie ochoty szukać sposobu, aby zjednać sobie kobietę. Wierzył w jej profesjonalizm. Jeżeli będą wspólnie dbali o dobro statku oraz załogo nie będą mieli żadnego problemu z komunikacją – w końcu ich cel będzie wspólny, identyczny. Utrudnianie sobie życia w takim przypadku do zwyczajna głupota, a Garrus podświadomie czuł, iż Salira doskonale zdaje sobie z tego sprawę.
    - Ofensywne uzbrojenie zawsze można ulepszyć. Chociażby te karabiny M16. Od dwóch tygodni wydają wersję z powiększonym magazynkiem, żołnierze nie będą musieli tak często go zmieniać, a na froncie to może zadecydować o ich życiu. Z kolei modele C789 mają poprawiony celownik, czas na wycelowanie u wprawnego snajpera może zostać skrócona nawet o półtorej sekundy. Oczywiście to wszystko o czym mówię to najnowsze nowinki, więc nie musisz się martwić, iż Twój statek jeszcze tego nie ma. Jesteście cały czas na morzu. Aczkolwiek zamówimy ulepszenia. O personalizowanej broni porozmawiamy, kiedy sama ją wypróbujesz, mam jednak nadzieję, że nie będziesz się sprzeciwiać moim kalibracją. Nie chciałbym w pierwszy dzień kłócić się z kapitanem statku, nie miałem jeszcze czasu przeciągnąć Twoich żołnierzy na swoją stronę – po dokładnych wyjaśnieniach,

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. pozwolił sobie na delikatny żart skierowany do rudowłosej. Nienawidził kiedy było zbyt sztywno, nawet podczas poważnych rozmów. Umiał to znieść, owszem, ale nie kiedy nie jest to konieczne, a ona wydawała mu się naprawdę sztywna. Cóż, oby chociaż zrozumiała jego niewinny żart.
      Defensywa również niezwykle go zainteresowała. Obrona była równie ważna co atak, chociaż mówiło się, że najlepszą obroną jest atak, to reguła ta nie zawsze się sprawdzała. Możliwość dobrej obrony to podstawa, dlatego też był zaskoczony, iż Andromeda jeszcze nie posiada żadnych tarcz. Myślał, że już jakąś dodali. No nic. Będzie musiał postawić sobie nowy priorytet. Nie mogli ryzykować życia swoich ludzi. Nie ma statków idealnych, jak to mówią, ale odpowiednia kalibracja może poprawić wszystko.
      - Przede wszystkim myślałem o dodaniu ciężkiego działa hydro-tlenowego, które umożliwiałoby szybki kontratak, chociaż tarcza na ten moment jest ważniejsza, i tak wyślę Ci plany. I tak to nie my za to płacimy – odpowiedział, krzyżując ręce na torsie. Przyglądał się, jak Salira tworzy zasłonę. Wyglądała identycznie co jej oczy – obie te rzeczy były według niego na swój sposób piękny, i o ile to podziwu wobec tarczy był w stanie się przyznać, tak nawet stwierdzenie przed samym sobą, iż zielone iskry w oczach Shepard urzekają go było niemożliwe.
      Zaraz wrócił myślami do tarcz. Inteligentna osłona na bazie jej biotycznych zdolności. Tak, tylko czy to nie zaszkodziłoby jej systemowi immunologicznemu? Objęcie całego krążownika tarczą to nie lada wyzwanie, zapewne nawet dla wprawnego maga. Statek jest nie tylko długi, ale i dość szeroki, a Vakarian nie miał zamiaru ryzykować życia kobiety. Nie dość, że ona mogłaby zginąć, to w takiej ewentualności krążownik ponownie zostaje bez tarcz. Zastanowił się chwilę.
      - Najpierw musielibyśmy przebadać Ciebie i Twoje zdolności, te fizyczne i biotyczne. Wiesz, nie chcę żebyś zginęła przy pierwszej próbie. Taka tarcza jest cholernie duża. Chociaż pomysł nie jest taki głupi, trzeba by go tylko usprawnić. – odpowiedział. Był dość poważny. Ryzykowanie cudzym życiem to nie jest coś na co mógłby się tak bezinteresownie zgodzić - Dasz radę pojechać do Tyge na badania? – zapytał zaraz potem. W mieście postępu zawsze znajdowano najlepszą metodę. W tym przypadku też mogło tak być. – Na ten czas możemy zainstalować tymczasowe tarcze kinetyczne. Do uruchomienia jej jest potrzebny puls energetyczny o średniej mocy, urządzenia potęgują moc i tworzą na jej podstawie barierę. To najszybsza metoda i powinna wystarczyć, dopóki nie wymyślimy czegoś lepszego – wyjaśnił.
      Poszedł za rudowłosą do maszynowni. Oczywiście zauważył jak te iskierki w jej oczach znikają. Wyglądało to trochę jakby na chwilę coś w niej odżyło, a później z powrotem umarło. Chociaż jej oczy były piękne, to nadal wyglądały na zimne, wyzute z uczuć. Nawet on posiadał emocje, co prawda zazwyczaj wyrażające ignorancję dla biurokracji, czy ironię dla rzeczy, które go bawiły, no i oczywiście lubił sobie pokpić z niebezpieczeństwa. Ona wydawała się na swój sposób smutna, samotna. Co nieco go zaskoczyło. Nawet jeżeli była kapitanem Andromedy, to nadal była piękną kobietą, po prostu jakoś nie mógł uwierzyć, że jeszcze nikt nie próbował podbić jej oschłego serca. Cóż, ten temat należało zostawić. Tak też zrobił w chwili, gdy dotarli do maszynowni. Rozejrzał się z zainteresowaniem po całym pomieszczeniu. Wszystko prezentowało się co najmniej majestatycznie. Wodził wzrokiem po generatorach, kiedy o nich opowiadała. Nie mógł się nie zgodzić, iż taki system napędzania był o niebo lepszy od poprzednich. Pokiwał głową z uznaniem. Tak, to zdecydowanie były wspaniałe generatory. Przez dłuższą chwilę nie mógł nawet wyjść z podziwu. Przy trzech sprawnych mogliby nawet kontynuować bitwę, a nawet gdyby zostali z jednym generatorem, Garrus mógłby przemienić

      Usuń
    2. się w megalodona i osobiście przycumować krążownik. W tym przypadku jego prehistoryczny formy mogły się niezwykle przydać.
      - Jeden generator nie stanowi problemu o ile statek będzie mógł nadal zapewnić schronienie jednostce. Moje zdolności będą w stanie zapewnić nam bezpieczny powrót, o ile na morzu już nie będzie wroga. Nie widzę wad w generatorze i mam nadzieję, że na innych krążownikach również zamontują ten system. Możesz być dumna ze statku – odpowiedział, po czym delikatnie dotknął jej ramienia w geście uznania. Sprawowanie pieczy nad takim krążownikiem przez tak długi okres czasu to nie lada wyzwanie. Widać, że ona sprostała mu wręcz koncertowo.


      Garrus
      nawet nie próbuj nadrabiać tego odpisu. <3 ma być krótki.

      Usuń

  10. Garrus znał uczucie samotności, po części. Poza Stanley’em nie miał w zasadzie bliskich przyjaciół, dopiero niedawno poznał Febe i ma z nią w miarę dobry kontakt, jednak nie mógł jeszcze mówić o bezgranicznym zaufaniu Romce – znał ją zbyt krótko. Kochać nigdy nikt go nie nauczy; Malcolm sam nigdy nie posiadał stałej partnerki, nie mówił nic metamarfowi o prawdziwej miłości do innych – tylko do ojczyzny i niczego nie kochał tak bardzo jak Mortiel. Poza tym ze względu na swój niecodzienny wygląd Vakarianowi ciężko było znaleźć stałą partnerkę, owszem, miał kilka dziewczyn, jednak szybko nudziły się nim, jego aparycją, a osobliwe schorzenie na jakie cierpiał nie było zbyt zachęcające do budowania trwałej relacji: ciągłe zmiany diet, częste badania, masa leków – wszystko to było dość problematyczne i zajmowało sporo miejsca na półkach w toalecie. Przez jakiś czas nawet cierpiał na bezpłodność, potem to ustąpiło. Kto chciałby być z kimś kto ma tak niestabilne ciało? Nawet podczas stosunku musiał uważać, by nie zranić swoich partnerek. Aminokwasy z których jest zbudowany mogły wywołać reakcję alergiczną, jeżeli dostałyby się do nieco wrażliwszych miejsc. Nic z tych rzeczy nie zachęcało do tworzenia trwałych relacji. Był tego świadom, nigdy nie wyobrażał sobie zbyt wiele, nie rozpaczał gdy kobiety z nim zrywały, po prostu wzruszał ramionami, wiedział, że to i tak w końcu by nastąpiło, więc po co miał się przyzwyczajać? Zaspokajał jedynie swoje pierwotne potrzeby; jakkolwiek by to nie brzmiało. Ale dlaczego o tym myślał w tym momencie? Pokręcił głową, wyrzucając to wszystko z siebie. Nie było sensu się tym frapować. I tak nigdy tego nie zmieni. W tym momencie najważniejsza była kontrola Andromedy. Nie traktował żadnego statku oraz załogi jako zwykłej, kolejnej jednostki. Na każdej z nich żyli jego podkomendni, walczyli o ich wspólną ojczyznę, o spokój kobiet oraz dzieci, starali się uczynić każdy dzień bezpieczniejszym, a on był im wdzięczny za te codziennie próby, które nie raz były okupione nie tylko potem, ale ich własną krwią.Śmiech Saliry brzmiał dla niego dość…fałszywie. Jakby starała się udawać, że jego żarty są śmieszne (nie żeby musiała, bo przecież były). Nie lubił oszustw, możliwe że zwłaszcza takich. Budowanie relacji było rzeczą naturalną, nawet w wojsku. Nie dało się każdego lubić i albo zdobywało się cudzą sympatię, albo nie. Udawanie czegokolwiek było…irytujące.
    - Zapewne tak, kapitanie – opowiedział, nieco zimniej niż przed chwilą. On nie miał w zwyczaju kryć przed kimś swoich uczuć względem danej osoby, względem decyzji częściej. Skrzyżował ręce na torsie. – Takie relacje są najbardziej pożądane pod moją komendą, jestem dumny, że udało się wam takie osiągnąć, to wymaga pracy – dodał, rozglądając się dookoła.
    - Będę w stanie pomóc, mieszkam w Tyge i mam, cóż częstą styczność z tamtejszymi lekarzami – dodał. Nie widział sensu wspominać dlaczego, jego choroba i tak została po krótce opisana w aktach mężczyzny.
    - Zawsze jest dużo do zrobienia – odpowiedział. Podobało mu się zaangażowanie rudowłosej. W zasadzie sytuacja Andromedy oraz załogi to jedyny temat na jaki będę mogli porozmawiać. Cóż, chyba jakoś da radę to przeżyć, aczkolwiek te kilka miesięcy mogą okazać się wyjątkowo nudne, jeżeli reszta załogi okaże się równie sztywna. Obowiązek był pierwszą powinnością, ale Garrus zawsze uważał, iż w wojsku musi być czas na spuszczenie z pieca, rozładowanie napięcia, aby zbyt nie męczyć żołnierzy. Nie byli maszynami, potrzebowali rozrywki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Nie sądziłem, że to może stanowić problem, ale postaram się nie zapomnieć o tym, Shepard – odpowiedział. Nie rozumiał tego, jednak pytać nie miał zamiaru. Nie potrzebował jeszcze bardziej mordować miłej atmosfery, którą starał się wytworzyć, a ona nie wyglądała, jakby miała w zanadrzu jakąś ciekawą opowieść, poza tymi dotyczącymi statku.
      - Cóż… - przyszedł mu na myśl pewien sprośny żart, ale zaraz spojrzał na minę kobiety i zrezygnował. Skoro już się uśmiechnęła nie miał zamiaru kolejny raz wymuszać na niej śmiechu, więc po prostu za nią poszedł. Wyszedł z windy lekko zainteresowany. W zasadzie nie wiedział czego się spodziewać, nie po niej, była zbyt sztywna na posiadanie jakiś zainteresowań.
      Na widok Sali treningowej jego żuwaczki poruszyły się w geście zadowolenia. Dawno nie widział takiej siłowni. Chętnie odwiedzi ją, kiedy już skończą inspekcję statku i poćwiczy trochę, kto wie, może nawet obejrzy bądź weźmie udział w jakimś sparingu.
      - To zdecydowanie dobre miejsce do spuszczenia z pieca dla załogi. Często korzystacie z tego miejsca? – zapytał zaciekawiony. Na jego pierwszej jednostce wieczory w Sali treningowej to była praktycznie tradycja, a kiedy byli przed jakimś starciem najbardziej pokłóceni rozwiązywali w takich miejscach swoje problemy.


      Garrus

      Usuń
  11. Oczywiście aparycja rudowłosej nie umknęła uwadze Garrusowi. Była piękna. Jej mundur podkreślał jej kształty, nawet jeśli nie taką winien pełnić rolę, ale nie tylko o krągłości tutaj chodziło. Miała idealne rysy twarzy – przynajmniej według mężczyzny. Wyglądała dumnie, silnie a jednocześnie niewinnie; dokładnie tak jak powinna wyglądać kobieta. Nie mógł też odmówić urokowi jej oczom, chociaż biło od nich niesamowite zimno i naprawdę nie miał ochoty wnikać, czy jest skierowane tylko do niego, czy też do innych członków załogi. Będzie musiała z nim żyć i tyle. Nic na to nie poradzi. Rozkaz poszedł z góry, a Vakarian tak łatwo nie da wypędzić się z tego statku. Andromeda jest zwyczajnie zbyt fascynująca oraz…cóż – po prostu zajebista. Musiał tutaj zostać, nawet jeśli ta kobieta miałaby zostać mianowana królową śniegu. Miał to gdzieś. Teraz najbardziej interesowała go siłownia. Podszedł do sztang. Przejechał po jednej z nich swoimi trzema szponami, lekko ruszając żuwaczki jakby właśnie się uśmiechał. W tym miejscu będzie odreagowywał kłótnię z tą kobietą. Wieczorami, tak? Cóż, jeżeli pokłócą się rano będzie miał całe popołudnie na spuszczenie z pieca. Chociaż tyle. Odwrócił swój wzrok ku niej. Nie wyrażał jakiś zbytnich emocji. Po prostu zadowolenie z faktu bycia w tym miejscu, wobec niej czuł nic innego jak dystans. Sama udowodniła mu, że nie warto się starać nawiązać przyjacielskie relacje. Zachowywała się po troszę tak, jakby miała wiecznie otworzony parasol tam, gdzie słońce nie dociera. Nawet by jej to z chęcią powiedział, ale i tak by nie zrozumiała przekazu, więc stwierdził, iż poczeka na kogoś kto zrozumie jego żart. Musiały być tutaj osoby, które potrafiły się rozluźnić.
    - Sparing? – zapytał z niedowierzaniem, przekręcając głowę w bok. Była tego pewna? Był od niej zdecydowanie wyższy, a mutacja znacznie podnosiła zdolności jego systemu immunologicznego, nie chodziło już o żadne zdolności rasowe. Poza tym jak mógłby bić się na poważnie z kobietą? To nie była żadna bitwa. Nie żeby był jakoś uprzedzony co do walk z kobietami. No dobra, po części był. Nie lubił krzywdzić płci pięknej, jeżeli nie zachodziła taka potrzeba. Mógł uczyć kobietę walki, owszem, ale nie bić się z nią. Ale Salira… Ta była niezwykle irytująca i zimna, może nawet się nad nim wywyższała. Poza tym ten jej delikatny uśmiech… Może warto było to wykorzystać. Kto wie, a nuż okaże się, iż jest jakąś masochistką.
    - Nie mam zamiaru Cię potem składać i tłumaczyć się przed dowództwem dlaczego to kapitan Andromedy jest na oddziale intensywnej terapii, Shepard, albo na odwrót – zaczął, idąc powoli w stronę ringu. Przyglądnął mu się uważnie. – Jeśli naprawdę tego chcesz, to lepiej ustalmy jakieś reguły. Nie pałamy do siebie sympatią, nie mam zamiaru tego wyładowywać na ringu. To się źle skończy – dodał.


    Garrus, który daje ostatnią szansę żeby się wycofać.

    OdpowiedzUsuń
  12. Garrus doskonale wiedział jak wyglądają realia życia w wojsku. Nigdy nie było łatwo. Nie raz musiał pięściami walczyć o szacunek, nawet jako kadet wśród innych kadetów. Nie znaczyło to jednak, że będzie zgorzkniały do końca życia. Miał je jedno, poświęcił je ojczyźnie, fakt. Mimo wszystko chciał żyć tak, by być raczej zadowolonym i dumnym ze swoich czynów, niźli wiecznie obrażać się na innych czy ciągle udawać wiecznie obrażoną sekretarkę w banku. Nigdy też nie traktował nikogo z góry. Istniały procedury, których każdy musiał przestrzegać, ale dobre stosunki nie były zabronione, wręcz przeciwnie. Jedyny problem istniał w tym, iż ta rudowłosa, jakby nie patrzeć piękna, kobieta ciągle wszystko utrudniała. Zupełnie tak, jakby to było jej hobby.
    - Podczas walki wyrzucamy z siebie mimowolnie agresję. Ja szczerze mówiąc mam dość Twoich ciągłych oziębłości i foszków, jakbyś bała się, że ktoś Ci odbierze dowództwo. Nie odbierze tak długo jak będziesz dbać o swoich ludzi – odbił piłeczkę, spoglądając na nią. Nie zbliżył się do niej. Nie miał ochoty. – Mogę się z Tobą zmierzyć, ale wedle ustalonych wcześniej reguł, bo z doświadczenia wiem, że największe gówno wyrzucamy właśnie na ringu, kapitanie – dodał naprawdę chłodnym tonem. Zwłaszcza jak na niego. Cóż, każdy miał swoją granicę, a Vakarian nienawidził sztywniaków, którzy bali się tylko i wyłącznie o swój stołek.
    Poskładała? Poskładać to ona mogła co najwyżej jego mundur. Nie żeby ją lekceważył. Miał doświadczenie w zwykłej walce wręcz. Nie raz walczył z obdarzonymi nadnaturalną siłą, sam posiadał większe limity niż przeciętny przedstawiciel jego rasy. Jeżeliby wyeliminować ich zdolności rasowe, Salira mogłaby mieć spory problem. Zwłaszcza, że on był pokryty vibranium. Uderzenie w ten metal nie mogło skończyć się przyjemnie. Nie dla tak zadbanych, delikatnie wyglądających dłoni.
    - Zatrzymaj się na fakcie, że jesteśmy drużyną, Sheprad. Zapamiętaj to i przemyśl co to znaczy, bo co jakiś czas traktujesz mnie jak wroga. Jest dobrze, a za dziesięć sekund znowu jesteśmy sobie obcy. Nudzi mnie to i denerwuje. Staram się być miły dla Ciebie, współpracować, ale wszystko utrudniasz. Jak będziemy planować bitwę też będziesz zmieniać swój nastrój jak niemowlak? Albo na polu bitwy? – tak, zdecydowanie przekraczał granicę, jeżeli chodziło o to na co może sobie werbalnie pozwolić. Czy przejmował się tym w tym momencie? Niestety, niespecjalnie. Skoro już chciała sobie wszystko jasno wyjaśnić. Odwzajemnił jej spojrzenie, nie spuszczając wzroku ze szmaragdowych oczu, które wyglądały w tym momencie niezwykle hardo i pociągająco na swój sposób. Jego oczy były raczej po prostu harde, zdecydowane i, w tym momencie, wyjątkowo obojętne..
    - Wybacz uwagę, ale zachowujesz się zupełnie odwrotnie niż mówisz. Chyba, że swoich wrogów traktujesz jeszcze gorzej. Wtedy nawet im współczuję. Ja z kolei staram się Ci zaufać ze względu na dobro tego statku. Nie możesz podpadać każdemu wyższą rangą, bo skończysz poza tą armią. I nie, to nie będzie moja decyzja – powiedział. Był szczery. Dowództwo nie będzie trzymało kogoś kto ciągle się buntuje. Sam to przerabiał. Musiał później dwadzieścia lat czekać na przywrócenie stopnia i kolejne awanse. Ona szła prostą drogą w jego ślady, jak nie biegła. Mogła mieć szacunek każdego na tym statku, ale admirałowie mogą nie patrzeć na to, kiedy ostatni możliwy rangą do skontrolowania tej krnąbrnej kobiety odpuści.
    - Nie traktuj tego jako groźbę, a radę – dodał

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Musisz zrozumieć, że większość w tym kraju ma moce zależne od emocji – westchnął. Nie słyszał dawno takiej wymówki. Serio? Jego najlepszy przyjaciel działa w podobny sposób, ale nie jest wiecznie obrażony. – Samokontrola nie ogranicza się do wiecznego focha na wyższych rangą i ogólne przygnębienie – zauważył jeszcze. Zdecydowanie właśnie palili za sobą wszystkie mosty. Mógł nie brać tego statku. Wziąć jakikolwiek inny, albo wrócić na Hyperiona. Gdyby ktoś mógł cofnąć teraz czas. Na litość tych boskich istot, w które inni wierzą. Duchy, pomóżcie! Wziął głębszy wdech. Jak bardzo irytująca potrafiła jeszcze być?

      Nie ma? Naprawdę ciężko było w to uwierzyć. Cały czas zachowywała się inaczej, chociaż on usilnie starał się przełamać lody. Jak widać, na darmo. Kolejny wdech i cichy wydech. Wytrzyma do jednej misji. Zrobi wieczorem z nią odprawę, a potem zajmie się kalibracją dział. Rozwalą ten piracki statek, na który się kierują i poprosi Reda o odbiór. Wybierze się na jakiś zaciszny, spokojny okręt wojenny. Wolny od naburmuszonych, cóż, piękności.
      Zacząć od nowa? Miał ochotę odpowiedzieć coś w stylu: chyba Cię pojebało. Aczkolwiek ugryzł się w język w ostatniej chwili. To zdecydowanie nie byłoby najmądrzejsze posunięcie, biorąc pod uwagę fakt jej rzekomą, wspaniałą kontrolę nad umiejętnościami. W sumie, mógłby dać jej drugą szansę. Zobaczyć co z tego wyjdzie. Może akurat nawiążą jakieś porozumienie. Oczywiście o ile Sheprad zacznie wykazywać minimalną inicjatywę i przestanie się o wszystko obrażać.
      - Zaczniemy – powiedział, wyciągając rękę w jej stronę jako gest pojednawczy. Miał nadzieję, iż poza swoją uroczą aparycją zacznie jeszcze jakoś na niego wpływać, bo nie był na tyle niezaspokojony, by dać się ponieść kobiecej urodzie. Praca była dla niego priorytetem. Jak na razie.



      Garrus, możemy zacząć od nowa albo od nowa nowa. Jak wolisz. Tylko już bądźmy ''grzecznym'' Shakarianem

      Usuń