wtorek, 18 kwietnia 2017

[+12] Hátra van még a feketeleves.



Zaczęło się od drzwi. Chociaż jeśli by czepiać się szczegółów, to zaczęło się od telefonu i rozmowy, która doprowadziła ją do owych drzwi. Były drewniane, odłaziła z nich zielona farba. Tkwiły w ścianie, kiedyś białej, dzisiaj żółto-szarej. Powinna się nad nimi palić lampa, ale żarówka była przepalona. Brak dobrego oświetlenia sprawiał, że cuchnący stęchlizną korytarz wydawał jeszcze groźniejszy niż powinien. Ogólnie żałowała, że odebrała poprzedniego dnia telefon i zgodziła się tutaj przyjść.
Wzięła głęboki wdech i zapukała. Dzwonka do drzwi nawet nie próbowała, czuła że nie działał. Musiała zapukać jeszcze raz, by w końcu ktoś jej otworzył.
Właścicielem drzwi okazał się mężczyzna, w dresach, brudnym t-shircie i klapkach. Jego zmęczoną pokrywał kilkudniowy zarost. Chyba nie spodziewał się gości, bo na jej widok jego oczy zrobiły się wielkie jak spodki. Przygładził trochę lekko tłuste, krótkie włosy.
- Kristóf? - odezwała się pierwsza. - Jestem koleżanką Ildi…
Rozpoznał ją, chociaż nadal wydawał się zaskoczony.
- Aaa… to musisz być… - Zamilkł na chwilę, drapiąc się po karku, wyglądając ogromnie niezręcznie.
- Tímea? - podpowiedziała mu litując się w końcu nad nim.
- Teraz jak to słyszę, to rzeczywiście damskie imię.
- Myślałeś, że będę facetem?* - zapytała krzyżując ręce na piersi.
Uśmiechnął się do niej krzywo.
- Ildi chyba tylko raz użyła twojego imienia, a potem tylko cię nazywała “ezermesterünk”**. - Cofnął się i gestem zaprosił ją do środka. - Gdybym wiedział, że jesteś kobietą to bym przynajmniej posprzątał - dodał żartobliwie, gdy zamknął za nią drzwi. - I się umył… - mruknął jeszcze pod nosem.
Mieszkanie składało się chyba z jednego pokoju, ewentualnie łazienki chociaż drzwi do niej nie rzuciły jej się jeszcze w oczy. Aneks kuchenny był oddzielony stołem od salonu, który i tak obecnie służył za sypialnię. Chociaż rzadko kiedy był czymkolwiek innym, sądząc po bałaganie złożonym z ubrań, książek, gazet i śmieci. Ciekawe czy kiedykolwiek składał kanapę na której spał. Aneks o dziwo wyglądał znacznie lepiej. Spodziewała się zarośniętych pleśnią naczyń w zlewie, zawalonych starym jedzeniem blatów i przepełnionego śmietnika, ale tego nie zastała. Może i nie lśniło, ale widać było podłogę. Jej uwagę przykuł ekspres do kawy. Coś z nim było nie tak, ale musiałaby go dotknąć by się upewnić. Zapatrzyła się na niego na chwilę, przez co nawet nie zauważyła jak Kristóf wymija ją w panice, by dopaść do okna i je otworzyć na całą szerokość.
Może rzeczywiście było trochę duszno, ale nie czuła nic dziwnego w powietrzu.
- Przepraszam za burdel… - rzucił do niej starając się jeszcze na szybko ogarnąć mieszkanie, zbierając z podłogi brudne gacie, puste paczki po czipsach… i chyba kopnął świerszczyka pod kanapę.
- Nie ma sprawy. - Wzruszyła ramionami. - Mój pokój wygląda gorzej. Ale o co chodzi z kuchnią?
- Nie mogę mieć bałaganu gdy gotuję.
- Gotujesz? - Uniosła brwi. - Masz wokół siebie taką aurę nieograniętego studenta, myślałam że żywisz się zupkami w proszku.
- Wypraszam sobie. - Skrzyżował ręce na piersi, uniósł podbródek lekko do góry. - Jestem świetnym kucharzem, jeżeli musisz wiedzieć.
- Może po prostu musisz mnie zaprosić na obiad, by mnie o tym przekonać - odparła bez zastanowienia.
Spojrzał na nią. Ona już na niego patrzyła. Gapili się na siebie przez chwilę bardzo niewygodnej ciszy, w której Tímea prowadziła pogadankę sama ze sobą. Dlaczego ona zawsze musi tak prowadzić rozmowę, nawet z nieznajomymi ludźmi? Flirtowała z każdym, niemal odruchowo, chociaż nic kompletnie to nie znaczyło. Niektórzy dobrze na to reagowali, niektórzy nie. Nie potrafiła jednak inaczej prowadzić rozmowy, tak się nauczyła przez lata życia. Bo przecież jeżeli flirtuje się z każdym, to tak naprawdę flirtuje się z nikim. Tak było wygodniej, bezpieczniej. Przecież nikt jej do końca nie zrozumie, nie będzie chciał zrozumieć. Już jej ktoś to powiedział w twarz, że “z jej podejściem” nie znajdzie sobie nikogo.
Niezręczna cisza się rozciągała nieprzyjemnie. Kristóf chyba nie wiedział co ma odpowiedzieć. Świetnie, Ildi mogłaby ją ostrzec, że kolega jej brata jest nieśmiały i by uważała na słowa. Chyba znały się na tyle dobrze, że tego typu przestroga miałaby sens.
- No to… - Tímea odchrząknęła cicho, by zyskać na czasie. - Gdzie komputer? W końcu to do niego przyszłam. - Uśmiechnęła się, mając nadzieję, że wygląda to szczerze.
Mężczyzna odetchnął z czymś, co rozpoznała jako ulga. Nie mogła się pozbyć wrażenia, że Ildi zaplanowała to specjalnie, niczym superzłoczyńca.
Po chwili siedziała już nad laptopem, starając się go włączyć. Wiedziała co z nim nie tak, ale chciała sprawiać pozory, że musi to odkryć. Weszła do BIOSa, sprawdzając wszystko manualnie, świadoma tego, że Kristóf i tak i tak nie będzie wiedział co się dzieje. Co on tam studiował? Jakąś filologię.
- Chcesz kawy? - jego głos wyrwał ją z zamyślenia.
Od dłuższego czasu kręcił się po mieszkaniu, chyba sprzątając, najwyraźniej nie mając pojęcia co ze sobą zrobić. Zmarszczyła brwi.
- A ekspres działa? - zapytała, zanim zdążyła się powstrzymać.
- Wow, czy mój komputer jest w aż tak opłakanym stanie, że doszłaś do takich wniosków? - zaśmiał się. - Co prawda, dysza do podgrzewania mleka szwankuje, ale kawę robi. Czy to jest ten twój szósty zmysł o którym opowiadała Ildi?
- Już się boję zapytać co jeszcze o mnie opowiadała… - mruknęła w odpowiedzi, starając się skupić całą swoją uwagę na monitorze.
Spędzanie z innymi osobami dużo czasu doprowadzało do tego, że dowiadują się one o tobie rzeczy, czy tego chcesz czy nie. Tímea nigdy się nie przyznawała do posiadania nadnaturalnych zdolności, ale czasem ciężko jej było utrzymywać język za zębami. Zdarzało jej się wtrącić, że coś się zaraz zepsuje, albo co nie działa w jakimś urządzeniu. Ildi żartobliwie nazywała to “szóstym zmysłem”, a Tímea nie potwierdzała, chociaż też nie zaprzeczała. Przyjęło się. Złota rączka uzbrojona w szósty zmysł. Co może pójść nie tak?
- Same dobre rzeczy. Chyba. Nie zawsze jej słuchałem, jeżeli mamy być szczerzy.
Zaśmiała się. To podejście potrafiła zrozumieć, chociaż to pewnie dlatego nawet nie wiedział, że jest kobietą.
- To co z tą kawą? - ponowił pytanie.
Uniosła głowę, by na niego spojrzeć. Na tego niezadbanego faceta w swoim naturalnym środowisku, trzymającym dwa kubki w różowe kwiatki. Dlaczego pomyślała, że mogłaby się do tego przyzwyczaić?
Nie było potrzeby, by zostawać tu dłużej. Znała usterkę. Mogła wymontować dysk, powiedzieć, że odzyska dane u siebie. Wrócić do domu.
- Tak, poproszę.

*

- Co do tego ekspresu…
- Ostatnio mówiłeś, że ci to nie przeszkadza.
- Może po prostu zachciało mi się porządnie spienionego mleka.
- Może po prostu w końcu zaprosisz mnie na ten obiad?

*

Początek końca zaczął się na drzwiach. Chociaż jeżeli mamy wchodzić w konkrety, to przywiódła ją tu rozmowa telefoniczna. Na tyle lakoniczna, by wzbudzić w niej głęboki niepokój. W tamtym momencie nie myślała o tym jak podobna jest to sytuacja, do tej sprzed półtora roku, gdy po raz pierwszy stanęła przed tymi drewnianymi drzwiami, z odłażącą zieloną farbą. Porównanie nie przyszło jej wtedy do głowy, jako że wszystko zdawało jej się być już inne.
Tym razem nie musiała pukać. Nie musiała nawet dzwonić, chociaż naprawiła ten dzwonek miesiące temu. Tym razem miała klucze do drzwi.
Weszła do mieszakania ostrożnie, jakby obawiając się, że spłoszy lub rozzłości osobę tam mieszkającą. Nikt jednak nie wyszedł jej na powitanie. Bałagan panował gorszy niż zwykle, jednak nie to zmroziło jej krew w żyłach. Stanęła jak wryta widząc opakowania po zupkach w proszku walające się po podłodze. Jej spojrzenie powędrowało do kuchni, gdzie blaty pokrywała warstwa okruszków, a ze zlewu niemal się wysypywały się naczynia. Na ten widok ścisnęło jej serce, aż obawiała się co zobaczy na rozłożonej kanapie.
Ktoś leżał pod kołdrą, ale nie reagował gdy się odezwała. Rzuciła torbę na podłogę i jednym susem znalazła się przy nim. Przysiadła na kanapie, pochylając się nad nim, ale twarz ukrył w kołdrze.
- Hej. Co się dzieje? - zapytała łagodnie.
- Mówiłem, że wszystko w porządku… - wymamrotał w kołdrę, że ledwo go usłyszała.
Zacisnęła pięści, ból ścisnął jej klatkę piersiową.
- Weź nie pierdol. Nie mi - warknęła, nagle dając upust swojej frustracji. - Nie oddzwaniasz. Nie odpisujesz. Mieszkanie wygląda gorzej niż chlew, jakim normalnie jest. - Z każdym słowem jej głos się podnosił, jak nigdy przedtem. - Wiem, mówiłeś, że potrzebujesz przestrzeni, ale w tym momencie martwię się o ciebie zbyt bardzo, by zostawić cię w takim stanie. Pierdoli mnie twoja przestrzeń. To nie tak ma działać. Dobrze wiesz, że możesz się na mnie oprzeć. Że możesz mi wszystko powiedzieć. Zaakceptowałeś każdą moją inność. Cierpienie jest normalne. Daj mi zaakceptować twoją normalność. - Otarła łzy bezsilności i złości z policzków. - Nigdzie nie idę, chyba że sam mnie stąd wyniesiesz.
Jej serce biło jak oszalałe, policzki przybrały barwę dorodnego pomidora, a dłonie drżały niekontrolowanie, gdyby próbowała wstać jej nogi prawdopodobnie również by przypominały galaretę. Tak cholernie się bała, że go straci, że odsunie się od niej.
Nagle poczuła ruch pod kołdrą, a potem jego ramiona oplatające ją talii. Wtulił rozgrzaną twarz w jej brzuch, jego ciałem wstrząsnął szloch. Nie wiedziała ile czasu z nim tak siedziała, głaszcząc go włosach. Jednak nigdy nikogo tak mocno nie kochała jak jego w tamtym momencie, gdy płakał jej w koszulkę.
Dopiero wieczorem dowiedziała się, że jego młodsza siostra umiera. Czeka na przeszczep serca, ale rokowania nie są najlepsze, a tkwi na samym dole kolejki. Źle przyjął te wiadomości, nigdy nie był blisko z siostrą z różnych powodów, a teraz nawet nie ma czasu by to wszystko naprawić. Nie mógł nawet się zmusić by odwiedzić ją w szpitalu.
- Jutro do niej pójdziemy - postanowiła Tímea zdeterminowanym tonem. - Nawet jeżeli będę musiała cię stąd wynosić na plecach. A teraz musisz zjeść coś porządnego. Coś ci zrobię.
Mogłaby przysiąc, że usłyszała ciche parsknięcie przypominające śmiech.
- Błagam nie. - Wtulił się w nią jeszcze mocniej, chociaż tym razem by ją powstrzymać.
- Nie wierzysz w moje zdolności kulinarskie? - obruszyła się.
- Nie można wierzyć w coś czego nie ma…
Atmosfera stała się wyraźnie lżejsza, chociaż problem nadal istniał. Zastanawiała się czy jest w stanie go rozwiązać z narzędziami które ma do swojej dyspozycji. Jak ciężko jest się włamać do takiego rejestru przeszczepów? Kto to w ogóle kontroluje? Na czyim serwerze znajdują się dane? Jak to zrobić by nie wzbudzić podejrzeń?
Nieważne. Niezależnie od tego na ile przeszkód napotka, to to zrobi. Dla niego.

*

- Przeżyła operację.
- To świetnie! Przyjechać do ciebie?
- Timi. To byłaś ty?
- Co?
- Wiem, że byłabyś w stanie to zrobić. Czy to ty przesunęłaś ją na początek?
- Pytasz się dopiero teraz?
- Bałem się… że jeżeli się dowiem się wcześniej, to poproszę cię abyś to odwróciła.
- Krisz?
- Przyjedź.

*
7 lat później...

- Czy to było naprawdę konieczne?
Odchyliła się do tyłu na krześle. Jej matka zawsze powtarzała, by tak nie robiła, bo się przewróci. Ale miała już dwadzieścia siedem lat, mogła łamać zasady do woli.
- Dobre historie potrzebują ekspozycji, tła… - odparła beztrosko, wbijając wzrok w sufit. - To możesz traktować jak prolog w sumie...
Mężczyzna uderzył obiema dłońmi w stół, co złamało jej koncetrację na tyle silnie, że rzeczywiście się przewróciła wraz z krzesłem.
- A kurva életbe*** - wyrwało jej się, jednak miast zbierać się z podłogi chwilę trwała w tej dziwacznej pozycji. - Musisz popracować nad swoim temperamentem - rzuciła do mężczyzny, który obserwował ją jakby niedowierzając w to co widzi.
Ciekawe kogo się spodziewali, gdy starali się ją złapać. Powinni być z tym bardziej otwarci, dobrze się kryli. Zorientowała się stosunkowo późno, że ktoś stara się ją namierzyć. Gdyby byli bardziej nieuważni, to by dała się złapać wcześniej.
Zamknęli ją w tym maleńkim pomieszczeniu przypominającym salę przesłuchań z seriali kryminalnych. Tylko tamte nie miały ołowianych ścian metrowej grubości, w tamtych nie trzeba było siedzieć przy lampach gazowych, ani ręcznie zapisywać wszystkiego co mówiła. Miała wrażenie, że dlatego jej tak tutaj nie lubią. Dłonie ich bolały. Odcięli ją od elektroniki, za co była wdzięczna, chociaż nie zmierzałą im o tym mówić. Ostatnio bywało coraz gorzej, więc chwila ciszy jej nie przeszkadzała. Co prawda świat stracił na kolorach, wszystko zdawało się być mdłe i bez wyrazu, ale zaczynało jej się to podobać. Nie była podłączona do niczego, nie wiedziała jak przyjemne jest to uczucie.
Pozbierała się z ciężkim westchnieniem z podłogi.
- Więc pierwszy raz złamałaś prawo w 2008 roku? - Mężczyzna pochylił się nad swoim kajecikiem, by zapisać pytanie i odpowiedź, która, miał nadzieję, że nadejdzie niebawem.
- Czy włamywanie się na stronę internetową szkoły się liczy? A, i kradzież sprawdzianów z komputerów nauczycieli… Bo to robiłam w szkole średniej.
Zmarszczył brwi, ale wszystko wiernie notował. Przynajmniej tak jej się wydawało, miał okropne pismo.
- Kontakt z Puppetmaster nastąpił jeszcze w… - Zawahał się, przewrócił kilka stron kajecika, zmrużył oczy starając się coś odczytać. - Zekez… Seke…
- Székesfehérvárze? - Uśmiechnęła się lekko. - Nie. Skontaktowali się ze mną w Budapeszcie, gdy zaczęłam informować firmy o bugach jako white-hat. Niezłe pieniądze. - Odchyliła głowę do tyłu. - Chyba robiłam za dobrą robotę jeżeli przeszkadzałam grupie crackerów.
- Po rozpoczęciu współpracy, wiedzieli o twoich mocach?
- Chyba nie? - Wzruszyła ramionami, znowu zaczynając bujać się na krześle jak mały dzieciak znudzony rozmową. - Ja im nic nie mówiłam.
- Reszta ataków była przeprowadzona razem z nimi?
- Oprócz Budapesztu. To miałam zrobić, by ostatecznie dowieść tego jaka jestem zajebista. Jakby były jakieś wątpliwości…
Mężczyzna przestał notować. Bez słowa wyciągnął plik teczek z aktówki stojącej przy jego krześle. Rozkładał je przed nią powoli, by mogła spokojnie na nie spojrzeć. Dziesięć teczek, na każdej inna data, inne miejsce.
- “Zajebista” nie jest słowem którego bym użył - powiedział cierpko, patrząc się nią wręcz z odrazą.
Wiedziała jakiego słowa by użył. Sama go używała,każdej nocy, gdy chodziła spać na trzeźwo.
- Zero - wskazała na pierwszą teczkę, podpisaną Budapeszt, Węgry. 06/12/2009. - Dwa. - Jej palec powędrował do kolejnej teczki, Berlin, Niemcy. 09/01/2009. - Zero. - Paryż, Francja. 03/15/2010. - Jedenaście. - Werona, Włochy. 12/04/2011. - Czterdzieści trzy. - Innsbruck, Austria. 12/12/2012. - Jeden. - Londyn, Wielka Brytania. 02/09/2013. - Dwadzieścia sześć. - Autostrada A3, Niemcy. 11/03/2013. - Zero. - Madryt, Hiszpania. 10/10/2014. - Prawdopodobnie sto dwa. - Wyciek MI6, Wielka Brytania. 02/02/2015. - I dziewięćset siedemdziesiąt cztery. - Londyn, Wielka Brytania 09/09/2015. - Brzmi niemal jak Totolotek, prawda? - zapytała bez cienia wesołości.
Zawisła między nimi cisza. Świdrował kobietę wzrokiem, starając się coś w niej znaleźć. Nie uśmiechała się już, ale też nie smuciła, nie złościła się. Jej twarz wyrażała kompletną obojętność, jej spojrzenie było puste.
Dziewięćset siedemdziesiąt cztery. To chyba wtedy coś w niej umarło.
- Zacznijmy od początku - przerwał ciszę jako pierwszy, w końcu to on tutaj ma zadawać pytania. - Jak się dostałaś do Budapesztu?
Kącik jej ust uniósł się lekko. Wiedziała, że jej odpowiedź go zdenerwuje. Jednak skoro miała być przesłuchiwana, to równie dobrze mogła się w to bawić na własnych warunkach.
- Samochodem.

*

- Dostałem tę robotę.
- W Budapeszcie?
- Pojedź ze mną.
- Naprawdę?
- Czemu jesteś zaskoczona? Od Székesfehérváru do Budapesztu jest godzina drogi w jedną stronę. To długo wbrew pozorom. Nie ma co tego odkładać. Gdy myślę o przyszłości, to myślę o nas, nie tylko o sobie.
- Czy ty mi się właśnie oświadczasz przez telefon?
- Chciałabyś.


edit: 19.04.17. 18.00

*w języku węgierskim nie ma rodzajów gramatycznych, więc taka pomyłka ma sens.
** ezermesterünk - nasza złota rączka, przyznaję chciałam się popisać.
***dosł. "kurwa w życie", czy jakoś tak. nikt nigdy nie mówił, że przekleństwa mają mieć sens.



oh this is bad. so very bad.
jeżeli coś nie brzmi po polsku, to pewnie moja wina.
tytuł w dosłownym tłumaczeniu: "Czarna zupa jeszcze przed [kimś, czymś]"
(chyba, jestem pewna czarnej zupy)
chodzi o "Najgorsze jeszcze przed nami"
*ominous music plays*

like srlsy, powinnam odpisywać na wątki.

a potem narzekam, że nie mam czasu.

5 komentarzy:

  1. [Wzruszyłam się... Timmy jest taka kochana, a Kristof biedny (zwłaszcza z tą siostrą - dobrze, że Timmy zadziałała)... pojedzie z nim do tego Budapesztu? Zniknie, czy zostanie? Kibicuję tej dwójce, ale szczerze? Rozumiałabym, gdyby została, bo przecież on tam pracę dostał, a ona? Też musi odnaleźć miejsce na tej ziemi.]

    Glen / Ray

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Timmy jest świetną dziewczyną, dopóki nią nie jest (bo najgorsze przed nami heheheheh)
      Hm, miałam nadzieję, że oddałam dobrze fakt, że ona do Budapesztu się dostała. Zedytuję trochę końcówkę, by zaznaczyć upływ czasu, bo to pewnie moja wina, że nie zaznaczyłam wyraźniej kiedy i gdzie się to wszystko dzieje D: Lubię mieszać trochę chronologię wydarzeń jak piszę, a potem tylko ja wiem o co chodzi, bo przekombinowałam xD ]

      Usuń
  2. [Opowiadanie bardzo ciekawe, aż nie mogę się doczekać kolejnego. No i również kibicuję tej parce, są uroczy, bardzo ^^]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Dziękuję za miłe słowa :> Szczerze powiedziawszy już nie mogę się doczekać pisania kontynuacji.
      Cieszę się, że się tak Tímea i Kristóf spodobali, tylko że... nie chcę Was martwić, ale rzecz z siostrą Kristófa działa się w 2008 roku, a teraz, dziewięć lat później, Timmy jest tutaj sama. Oddam to do Waszej interpretacji :D ]

      Usuń
  3. [ Że parka się rozstanie to wiem, ale na ten czas niech im się układa :>
    Nie wiem kiedy w niej coś umarło, nie ogarniam tych liczb...to są ofiary?
    Tak czy siak opko naprawdę dobre, zwłaszcza te teksty Timmy. Urocza z niej kobietka :3 ]

    OdpowiedzUsuń