środa, 31 maja 2017

I'm a whisper lost upon wind, I'm the ember that'll burn you down...



- Jesteś gotowa opowiedzieć o pierwszym spotkaniu?

Usadzili ją obok niego. Musiała tylko odznaczyć wszystkie kroki. Śmiać się z jego żartów, ale nie za głośno, nie otwierać ust za szeroko, ukazywanie zębów jest oznaką agresji. Zakręcić kosmyk włosów na palec. Dotyk, mimochodem, delikatny, ścisnąć jego przedramię, gdyby chciała zwrócić na coś uwagę. Ciało obrócone lekko w jego stronę. Utrzymywanie kontaktu wzrokowego, ale nie za długo, by nie stwarzać pozorów dominacji. Uśmiech nie za szeroki, by nie wyglądał na sztuczny. Zadawać pytania, słuchać odpowiedzi, nawet gdy jej nie interesują. Nie bać się opowiadać o sobie, ale nie za wiele. Utrzymywać balans. Nachylić się do niego, by wyszeptać coś niezwykle istotnego i zakręcić mu perfumami w nosie. W późniejszym etapie, oblizać wargi, przypadkowo trącić jego kolano swoim.
Myślała, że będzie trudniej.

- Cofnijmy się kilka godzin…

Co do aparycji, suknia ściskała wszystkie dobre miejsca, co do wygody - wszystkie złe. Czuła się jak w miniaturowym więzieniu, stworzonym tylko dla niej. Pewnie dlatego, że była przecież szyta na zamówienie. Podczas stania w miejscu nie męczyła się tak bardzo, podczas chodzenia zaczynało się robić gorzej, ale drżała na samą myśl o siedzeniu. Pewnie nawet nie będzie w stanie niczego zjeść na tej przeklętej kolacji. Może to i lepiej, podobno kobiety które dużo jedzą są mniej atrakcyjne. Tak twierdziła matka.
Jeszcze raz zerknęła w lustro, by upewnić się, że wszystko wygląda nienagannie. Dzisiejszy wieczór musiał pójść gładko, czyjeś losy od tego zależały. Pytanie teraz tylko czyje?
Rozproszyło ją pukanie do drzwi, po którym od razu ktoś je otworzył. W tym domu nikt nie czekał na proszę!.
Najbardziej w oczy rzucał się fakt, że Evelyn nie miała na sobie stroju wieczorowego, co oznaczało, że zdecydowała się nie pojawić się na kolacji. Willow wolałaby być o tym poinformowana znacznie wcześniej, co by dało jej możliwość na wymyślenie sensownej wymówki dlaczego jej ciężarna siostra nie siedzi ze wszystkimi przy stole. Nawet jeżeli powie, że się źle poczuła, to i tak wszyscy będą myśleć jedno. Pewnie z tego powodu rodzice namawiali Evelyn, by jednak przyszła, żeby nie traktować tego… wypadku jak hańbę i powód do wstydu.
- Wyglądasz ślicznie, Will. Młody Macnaghten nie będzie mógł oderwać od ciebie wzroku. - Starsza MacDougall uśmiechnęła się delikatnie. - Wiem, że rodzice ci to zaproponowali, ale nie musiałaś się zgadzać. Przecież lubisz tego chłopca od MacEwenów…
- To kogo lubię nie ma najmniejszego znaczenia - Willow przerwała jej stanowczym tonem, patrząc na nią chłodno. - Zadbałaś już o to. - Jej spojrzenie padło na wystający brzuch Evelyn.
- Dobrze wiesz, że to nie tak. - Siostra objęła się ramionami. - Gdybyś powiedziała, to by ci pozwolili…
- Dlatego nie mówię. - I tym razem Willow nie pozwoliła jej skończyć, jej ton stawał się ostrzejszy. - Któraś z ich córek musi mieć jakieś poczucie obowiązku.
Uczono ją, że nie powinna tak otwarcie kogoś oskarżać, jednak postanowiła o tym zapomnieć na chwilę. Od kiedy Evelyn przybyła z powrotem do Coeffin, Willow nie ukrywała, że wolałaby gdyby jej siostra nigdy więcej nie pojawiła się w jej życiu. Nikt się nie spodziewał, że starsza MacDougall wróci, a szczególnie, że wróci z brzuchem. Na jej szczęście ich rodzice nie byli bezduszni, przyjęli córkę bez wahania, starali się jakoś to poskładać. Evelyn zawzięcie odmawiała wyjawienia tożsamości ojca, a jako, że dzieciak znajdował się w jej ciele, nikt nie mógł tego sprawdzić. Nekromanci mieli swoje sposoby na zabezpieczenie się przed własnymi zaklęciami.
Długo nic do siebie nie mówiły. Ciszę przerwało kolejne pukanie do drzwi i kolejny gość. Nagle w przestronnej komnacie Willow zaczynało się robić tłoczno.


Gdy myśli o swojej komnacie na Zamku Coeffin czuje zapach starych ksiąg zniesionych z rodzinnej biblioteki i palonego w kominku drewna. Miała widok na jezioro. Pamięta, że gdy otwierała okno słyszała wyładowania magiczne. Powietrze wypełniał zapach ozonu, jak po burzy - oznaka silnych zaklęć otaczających budowlę, ukrywających ją przed zwykłymi śmiertelnikami.

Gdy myśli o tamtym popołudniu, pamięta mocne perfumy jej matki, drażniące nos.


- Evelyn, dasz nam minutkę?
Fiona MacDougall zawsze spoglądała na wszystkich z góry, nawet gdy była od nich niższa. Dłuższe przebywanie z nią w jednym pomieszczeniu przyprawiało o ból głowy, jako że używała wyjątkowo mocnych perfum. Wielu teoretyzowało, że robi to specjalnie, by zyskać przewagę. Dla niej, bowiem, każda rozmowa była bitwą, którą musiała wygrać i nie kryła się z tym.
Evelyn skinęła głową i opuściła komnatę, nie oglądając się.
- Wyglądasz oszałamiająco, Willow. - Matka położyła dłonie na ramionach młodszej córki i odwracając ją w stronę lustra. - Ta kolacja będzie początkiem owocnej współpracy, jestem tego pewna. - Zacisnęła palce na pokrytych koronką ramionach Willow.

Nadal czuje materiał wbijający się w jej skórę, gdy przypomina sobie matkę tego popołudnia.

- Jeżeli tego chcesz, oczywiście. Pamiętaj, że nie chcemy cię do niczego zmuszać. - Odbicie Fiony uśmiechnęło się delikatnie do córki.

Szarada zaczyna się jeszcze za kulisami. Przed aktorką jest postawiony pozorny wybór, czy chce uczestniczyć w tej sztuce czy nie. Reżyser uśmiecha się ciepło, ale nadal trzyma ją pod swoją kontrolą. Wybór jest iluzją.

- Oczywiście, mamo. - Willow również się uśmiechnęła, nieszczerze, ale dobrze wyglądało.


Aktorka wybiera widza i zaciąga go na scenę. Zaczyna się gra. Wszyscy wiedzą, że to tylko pozory, że pod tym niewinnym flirtem kryją się zawzięte negocjacje. W tej społeczności żaden flirt nie jest niewinny. Każde słowo, dotyk, spojrzenie musi coś znaczyć, mają konsekwencje.

Widzowie dzielą się na dwa obozy, tej nocy oba myślą, że wygrywają.


- A wasza pierwsza, szczera rozmowa?


Przypomina sobie, że miała miejsce w akcie drugim, kilka dni później, gdy już pojawiła się zdobycz godna jej uwagi.

Spodziewała się ataku nadchodzącego z prawej, odskoczyła w ostatnim momencie, gdy drzewiec się już na nią zamachnął. Poczuła na twarzy podmuch jego gałęziowatej łapy, we włosy wplątało się kilka liści. Już chciała wydać z siebie tryumfalny okrzyk, gdy nadszedł atak którego się już nie spodziewała.
Z frontu.
Trochę wstyd.
Coś uderzyło ją w brzuch, wystarczająco silnie, by zarzucić nią jak szmacianą lalką kilka metrów do tyłu. Kostur wypadł z jej dłoni. Padła na plecy, tracąc na chwilę powietrze w płucach. Jej ciało powinno być obolałe, ale nie czuła nic poza dziką euforią, podjudzaną zaklęciem wspomagającym produkcję niezdrowej ilości adrenaliny.
Kolejny atak przybył z góry, ale przeturlała się w bok. Splątane gałęzie, służące za ramię, uderzyły ciężko w ziemię zostawiając po sobie sporej wielkości wgłębienie. Normalnie pewnie myśl, że jeszcze przed sekundą tam leżała, zmroziłaby jej krew w żyłach, ale teraz zbyt dobrze się bawiła. Podniosła się z ziemi z szerokim uśmiechem na ustach. Górujący nad nią drzewiec wydał z siebie dźwięk przypominający sfrustrowany ryk. Przyjemny dreszcz ekscytacji przebiegł jej po plecach, uśmiech niepokojąco się poszerzył. Nie mogła się doczekać ostatecznej rozgrywki. Do tej pory jedynie się przed nim uchylała, ale to zaczynało ją już nudzić. Nie chciała więcej czekać. Chciała go unicestwić.
Rzuciła się ku swemu kosturowi, leżącemu gdzieś w trawie. Zacisnęła na nim palce, mając nadzieję, że zdąży się odwrócić, zanim ramię drzewca wgniecie ją w ziemię. Z gotowym zaklęciem, zaczęła się zwracać ku stworowi, kątem oka widząc już plątaninę gałęzi kierującą się w jej stronę. Za blisko, za późno, nie zdąży. Czemu nie czuje strachu? Powinna chcieć żyć. Powinna się bać tego, że zaraz umrze. Czy to nadal adrenalina krążąca w jej żyłach?
I coś się zmieniło. Zdążyła się odwrócić, zdążyła przywalić drzewcowi kulą ognia. Jednak nie usłyszała kolejnego ryku, a stwór nie zaczął wierzgać jak oszalały, czego się spodziewała. Zamiast tego stał nieruchomo, płonący, martwy.


Według tradycji, to aktorka ciągnie dalej sztukę. Akt pierwszy zamyka pytaniem do swego wybranego widza. Na nim i jego odpowiedzi ciąży odpowiedzialność czy akt drugi w ogóle będzie mieć miejsce. I on dobrze o tym wie. Wszyscy o tym wiedzą.

Pamięta, że pod koniec wieczoru zawahał się po usłyszeniu jej propozycji, czego wtedy jeszcze nie rozumiała. Negocjacje przebiegały pomyślnie, z jej punktu widzenia. Jednak mimo wszystko się zgodził wyruszyć z nią na polowanie.
Nic tak nie umacnia więzi, jak wspólna walka.


- Już myślałam, że chciałeś upozorować nieszczęśliwy wypadek - powiedziała, zwracając się pierwszy raz od kilku minut do stojącego na uboczu mężczyzny, ruszając w jego stronę.
- Zaraz cały las się zajmie. - Skinął w stronę płonącego drzewca. - Dlatego miałaś poczekać i nie atakować.
- Trzeba było się pospieszyć - odparła, przekształcając niezadowolony grymas w promienny uśmiech.
Przystanęła zwracając się ku płomieniom, które zdawały się być niebezpiecznie zainteresowane otaczającą ich florą. Jakoś wypadło jej z głowy, że lasy, tak jak drzewce, są łatwopalne. Magia skumulowała się w jej dłoni. Wzdłuż jej ramienia przebiegł przyjemny dreszcz, gdy wypuściła zaklęcie. Fala mrozu z sykiem ogarnęła płomienie, powietrze wypełniło się białymi kłębami skroplonej pary wodnej.
Willow oparła się na kosturze, wolną dłonią ścierając pot z czoła. Tym razem to mężczyzna ruszył w jej stronę. Jego potężna sylwetka przysłoniła jej słońce. Ciągle ją zastanawiało dlaczego osoba tak umięśniona i dbająca o swe ciało, wybrała magię defensywną. Nadawałby się fizycznie na pole walki. Jednak zawsze stawał na uboczu, tak jak dzisiaj. Ona miała ściągnąć na siebie uwagę drzewca, a on miał go unieszkodliwić przez rytuał oczyszczenia. Najbezpieczniejszy sposób, który prawie nie wypalił.
Heh. Wypalił.
- No więc, co tak długo? - zapytała, unosząc wzrok, by spojrzeć w jego niebieskie oczy.

Pamięta jak pierwszy raz napotkała jego wzrok, na tamtej kolacji. Pamięta swoją pierwszą myśl - “cóż za pospolity kolor”.

- Musiałem dostosować krąg do większej ilości duchów. Przecież ten korzeń zwalił cię z nóg.
Korzeń? Powróciła pamięcią do walki jeszcze z przed kilku chwil. Nie zdążyła zauważyć co ją wtedy uderzyło. Teraz już wiedziała.
- Trzeba będzie przeprowadzić rytuał oczyszczenia na całym lesie. Duchy ostatnio zbyt często opętują tutejszą florę i faunę - stwierdziła, marszcząc lekko czoło.
- Myślałem, że preferujesz taki stan rzeczy.
- To znaczy?
- Wydajesz się być w swoim żywiole na polu walki. - Wzruszył ramionami. - I jesteś w tym niezła.
Zaniepokoił ją jego ton, brzmiący jakby prowadzili zwyczajną dyskusję, jak dwójka znajomych. Nie taką relację starała się narzucić od kilku dni. Dlaczego on tak łatwo wypadał z roli, którą przecież przyjął? Odmówiłby polowania na drzewca, gdyby nie chciał kontynuować negocjacji.
Zawahała się między dwiema odpowiedziami.
- Tylko niezła? - Uniosła brew, robiąc niewielki kroczek w jego stronę.

W najgorszych koszmarach wszyscy umierają. A on kładzie jej swoją wielką dłoń na policzku, uśmiecha się do niej z wyższością. Patrzy na nią niemal pobłażliwie. Ta dłoń będzie ją prześladować. Nawet po tym jak obudzi się z krzykiem.

- Och Willow… - westchnął, uśmiechając się do niej dobrotliwie, kładąc jej dłoń na policzku.
Zesztywniała, nieprzyzwyczajona do tego typu intymności, ani z jego strony, ani z niczyjej. Dotyk był czymś rzadkim, używano go w konkretnym celu. Miał coś przekazać, jakieś wymaganie. Co znaczyła jego ciężka dłoń?
- Lubię cię, Willow - powiedział, nie tracąc ciepłego uśmiechu. - Lubię cię jako osobę. Ale… nigdy cię nie polubię tak jak na przykład… - Uniósł spojrzenie ponad jej głowę, wpatrując się w coś za nią. - Jak jego.
Obróciła się gwałtownie chcąc wiedzieć o kim mówi. Kilka metrów dalej, wśród drzew, grzecznie czekał służący. W dłoni miętosił zapieczętowaną kopertę.
Zrozumiała po spojrzeniu jakim uraczył służącego, ale nie ją. Zrozumiała i serce jej zamarło. Czyżby to wszystko było na nic? Czy porzuciła negocjacje z MacEwenem na próżno?
- Mogłeś mi wcześniej powiedzieć - warknęła, opuszczając również swoją rolę. - Nie traciłabym z tobą czasu.
Zaśmiał się, za co zgromiła go wzrokiem. Chociaż to wywołało u niego jeszcze większe rozbawienie. Nie traktował tego poważnie. Nie traktował jej poważnie. Nie rozumiał jak wiele zależało od tych negocjacji, a może po prostu go to nie obchodziło.
- Chciałem zobaczyć jak daleko młoda MacDougall się posunie, by spełnić wolę swego klanu - odparł. - Odgrywałaś swoją rolę bardzo posłusznie, co oznacza, że klan MacDougall ma kłopoty. Chociaż to stało się oczywiste, gdy zaprosiliście nas na kolację. Po raz pierwszy od wieków MacDougall i Macnaghten siedzą przy jednym stole. Czy to Evelyn była ostatnim gwoździem do trumny?
- Zamknij się - wycedziła, zaciskając palce na kosturze.
- Myślę, że możemy sobie pomóc, moja droga. - Przejechał wierzchem dłoni po jej policzku.
Jego dotyk ją obrzydzał. Chciała nim rzucić o drzewo, połamać wszystkie kości, ale przytrzymać go przy życiu na wystarczająco długo, by oszalał z bólu.

Do dzisiaj się zastanawia dlaczego tego nie zrobiła.

Miała jednak swój obowiązek, którego nie mogła porzucić. W takim świecie przyszło jej żyć. Nie stanie się taka jak Evelyn.
- Rozwiń myśl.


Najgorsze było to, że miał nad nią przewagę, że to ona potrzebowała go bardziej, niż on ją. Jego dłoń na jej policzku miała już na zawsze jej o tym przypominać.

Z każdym dniem pozwalał sobie na coraz więcej, a ona nie mogła nic zrobić. Z każdym dniem nienawidziła go coraz bardziej, za to jak bezsilna się czuła.
Jednak nie trzeba kogoś lubić, by mu ufać.



[it's done! it's alive!
mówię o komputerze i mojej wenie.]
Seether Nobody's Praying For Me

2 komentarze:

  1. Ja cię, ale pojechałaś tutaj. Chciałabym tak pisać. Tyle emocji przekazałaś, aż mi się żal Willow zrobiło. I to bardzo, choć wciąż nie jestem w stanie zrozumieć tego poczucia obowiązku. Mogła się przecież sprzeciwić. Jak i jej siostra. Wtedy być może byłaby szczęśliwsza...

    Fragment z matką - mistrzostwo! Ach ta dominacja i to aktorstwo. Subtelne gesty i słowa. Wszystko by zmanipulować i zapewnić swe zwycięstwo. Super!

    OdpowiedzUsuń
  2. Popieram przedmówczynie, bardzo ciekawie przekazujesz emocje postaci, a zakończenie, cóż, współczuję Willow, jednak historia sama w sobie bardzo mi się podoba. W prawdzie masz kilka błędów i powtórzeń, ale wystarczą stylistyczne poprawki i będzie bajka. Oby tak dalej! Oczywiście mam nadzieję, że na jednym Twoim opowiadaniu się nie skończy ^^

    OdpowiedzUsuń