czwartek, 1 czerwca 2017

Dlaczego wciąż mnie nękasz?



Ray jęknął cicho czując niemal każdą komórkę swojego ciała. Pulsowały żywym bólem, a on nie potrafił sobie przypomnieć co się stało. Zewsząd otaczała go gęsta mgła, skutecznie utrudniając widoczność, a przecież samo poruszanie zdawało się być udręką. Nie miał zielonego pojęcia gdzie jest, ale swoim zwyczajem zaczął po prostu przeć do przodu. Choć „przeć” to za dużo powiedziane. Nogi odmawiały mu posłuszeństwa i z każdym krokiem oddychało mu się znacznie ciężej. Kompletnie tego nie rozumiał. Nie przypominał też sobie, by z kimś walczył czy też ćwiczył. Nie biegał również, ale pamięć mogła go wodzić za nos. Pozostawało mu jedynie iść dalej i starać się odnaleźć choć coś znajomego.
Białe, drewniane drzwi wyrosły tuż przed nim, gdy zaczynał już tracić nadzieję, lecz zanim chwycił za klamkę zamrugał kilkakrotnie, obchodząc je dookoła. Nie miał pojęcia co mogłoby się zmienić po ich otwarciu, skoro prowadziły donikąd, ale wszystko zdawało się lepsze od tej wszechobecnej mgły i pustki. Pustki, która zaczynała go nużyć. Akurat teraz nie chciał być sam ze swymi myślami. Zaczerpnął więc w płuca powietrza i nacisnął klamkę, a potem z lekkim wahaniem wstąpił do ciemnego pomieszczenia.
Drzwi zniknęły w chwili przekroczenia progu, a on sam potrzebował dobrych pięciu minut by przyzwyczaić się do otaczających go ciemności. Majaczące gdzieś w oddali światło dodało mu sił i nagle zauważył, że może szybciej się poruszać. Nawet płuca przestały go palić żywym ogniem. Ruszył więc żwawiej, z każdym krokiem nabierając pewności, że wszystko co czuł przestało tu istnieć.
I wtedy ją zobaczył. Siedziała w bujanym fotelu dzierżąc przepastne tomisko w dłoniach. Nie zwróciła na niego uwagi, dopóki nie wszedł w zasięg nikłego światła, jaki dawała mała lampka ustawiona tuż obok niej. To wówczas podniosła wzrok znad czytanej księgi i wstała.
 - Witaj Ray, czekałam tu na ciebie – oznajmiła, spokojnie do niego podchodząc i delikatnie gładząc go po policzku. – Jak ci się podobam w tej odsłonie? – okręciła się na palcach, by mógł zobaczyć ją w całej krasie. Jej długie, czarne włosy opadały łagodnie na odsłonięte ramiona, a biała zwiewna sukienka dodawała jej tylko dziewczęcego wdzięku, choć sama kobieta była już grubo po czterdziestce. Zabrakło mu języka w gębie, więc przez dłuższą chwilę tylko tak stał i na nią patrzył, aż w końcu dźwięcznie się zaśmiała.
– Ależ wyrosłeś, kochanie – poklepała go po policzku, a potem poprowadziła na drugi fotel, który ni stad ni zowąd pojawił się w tym przeklętym pokoju. To wszystko zaczynało go już denerwować, ale był zbyt osłupiały by zareagować.
- Ty za to w ogóle – westchnął ciężko, wreszcie odważając się zabrać głos. Jego ton go zaskoczył. Poranił uszy i jakoś tak zdawał się nie pasować do tego pokoju. Był zdecydowanie nie na miejscu, co chłopak dość szybko zweryfikował.
- Nic dziwnego, jestem tylko projekcją twej podświadomości – zaśmiała się szczerze. – Może wolałbyś zobaczyć mnie inną, co? – kobieta znów się okręciła, tym razem przyjmując znajomą mu formę. Biały fartuch zasłonił sukienkę, a kobieta związała swe włosy w niedbałą kitkę. Zacisnął mocniej dłonie na oparciach fotela, kiedy się do niego zbliżyła. – To też chcesz zobaczyć? – zapytała, a jej twarz wykrzywił grymas bólu, kiedy zaczęła płonąć.
- Przestań! – krzyknął, próbując się od niej odsunąć, ale wówczas zauważył, że jest przywiązany. – Szlag by to... – jęknął, gdy kobieta zbliżyła się jeszcze bardziej. Teraz mógł poczuć swąd palącego się ciała, a mimo to jej śmiech rozbrzmiewał mu w uszach jeszcze przez długi czas. Zamknął oczy, ale nic mu to nie pomogło. Ona wciąż płonęła, a on cały czas to widział. W końcu została po niej jedynie kupka czarnego popiołu i niemal odetchnął z ulgą, że to już koniec.
Pomylił się. Więzy nie zniknęły, a kobieta ponownie pojawiła się w pomieszczeniu, dzierżąc w dłoniach miotłę i zmiotkę. Sprzątnęła popiół spod jego nóg i wgramoliła mu się na kolana.
- Mój mały Ray – szepnęła mu do ucha, głaszcząc go po piersi. – Powiedz mi, czemu wciąż tu jestem? Czemu mnie wreszcie nie wypuścisz? – zapytała go chłodno. – Czemu pozwalasz mi przeżywać mą śmierć na nowo? Dlaczego jesteś taki okrutny?
Chciał wykrzyczeć jej w twarz, że wcale jej tu nie zapraszał, że nie ma pojęcia o co jej chodzi, ale zatkała mu usta pocałunkiem i spłonęła na nowo. Tym razem trzymając go w objęciach.
 - Kocham cię, malutki – powiedziała, kiedy znów pojawiła się w pokoju, by go podręczyć. Czuł jej oddech tuż przy uchu, ale nie mógł się ruszyć. Znów był tym mały, zastraszonym dzieckiem, które było takie podatne na wszelkie słowa matki. Zacisnął mocniej pięści wyrywając się coraz mocniej. Czuł wrzynający się sznur w jego nadgarstki, który go ranił i przedzierał skórę.
- To tylko sen – oznajmił głośno i wyraźnie, chcąc zapewnić o tym samego siebie, jak i przekonać o tym swą płonącą matkę. – Tylko sen. Zaraz się obudzisz i to wszystko zniknie. Możesz zrobić tu co chcesz. Ten sznur wcale cię nie więzi – powtarzał sobie, by uwolnić się z tego koszmaru, ale to nie działało. Sznur nie znikał, a jego krew jedynie zabarwiała go na szkarłatny kolor. – Jasna cholera! – krzyknął nieźle już zdesperowany, kiedy czarnowłosa po raz kolejny spłonęła, tym razem dusząc się przy tym nieco. – Zostaw mnie wreszcie! Czemu nie możesz mi pozwolić normalnie żyć?! – krzyknął do niej. – Czemu wciąż mnie nękasz? – zatrząsł się cały na krześle, czując jak oddech mu przyspiesza.
- Nie kochanie, to nie ja nie pozwalam ci żyć – kobieta ukucnęła tuż obok niego. – Mnie przecież już nie ma na tym świecie – ponownie poczuł dotyk jej dłoni na policzku. Przesunęła palcami po jego rozdygotanych ustach. – Ty sam to sobie robisz – szepnęła mu do ucha, a potem zaniosła się śmiechem, spalając się tuż przed nim po raz ostatni. 
To wówczas otworzył oczy przebudzając się z koszmaru. Usiadł na łóżku, dysząc ciężko i skrył twarz w dłoniach. Poczuł pojedyncze łzy spływające mu po policzkach, ale szybko je starł. Kompletnie ich nie rozumiał i zaczynał obawiać się samego siebie.
- To był tylko sen – powtórzył sobie głośno, ale czy aby na pewno? Zauważył coś co zmroziło mu krew w żyłach. Jego nadgarstki były w opłakanym stanie. Skóra zdarta do żywego mięsa, tak jakby faktycznie wił się w więzach. – Cholera… - mruknął podchodząc do lustra. Obmył twarz zimną wodą i opatrzył sobie dłonie. Musiał koniecznie zająć czymś myśli. Później będzie się martwił naturą swych snów. Teraz postawił na bieganie. To ono pozwalało mu oczyścić myśli i miał szczerą nadzieję, że i tym razem to zrobi.

[Matka wena nadeszła niespodziewanie i pozostawiła coś takiego...]

3 komentarze:

  1. I bardzo dobrze, że matka wena przyszła, bo pozostawiła intrygującą historię. Wprawiającą w dyskomfort, ale w dobrym sensie (naprawdę :D ) Albo Ray miał bardzo dziwną relację ze swoją matką, albo ktoś ma bardzo dziwny fetysz i go dręczy tymi snami. Jeżeli taki ktoś jest. Kto wie kiedy się dowiemy? Znając Raya, to pewnie będzie odkładał odkrycie natury swoich snów na ostatnią chwilę :DD
    Nic, tylko czekać na powrót matki weny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha ależ dobrze już udało Ci się poznać Raya. Będzie odkładał na ostatnią chwilę, albo do momentu aż ktoś wyłapie pojawiające się ni stąd ni zowąd rany i niewyspanie, a potem nie zmusi go do pozbycia się problemu xD
      Co do jego relacji ze swoją matką - no najlepsza to nie była na pewno. W końcu doprowadziła do jej śmierci z jego ręki, a co się działo przez 8-lat w samym centrum laboratorium... kto wie? xD

      Usuń
  2. Powiem szczerze, że wena z wanny korzystnie działa na opowiadania hehe. Jeny, na prawdę cieszę się, że nastał taki czas, gdzie opowiadania różnych autorów, wręcz, wylały się na główną. Tym bardziej, opowiadania takiej jakości ^^ Bardzo ciekawy sen, chociaż też zastanawiam się jaki będzie ostateczny wynik podobnych zjawisk, mam nadzieję, że Ray przejdzie przez to piekło bez większego szwanku.
    Czekam na dalsze losy tego chłopaczka :D

    OdpowiedzUsuń