czwartek, 29 czerwca 2017

go head be gone with it





Yves Nuireur
ZARZĄDCA GŁÓWNEGO PORTU || 702 LATA || FRANCUZ Z URODZENIA || SZLACHCIC


I'm bringing sexy back Them other boys don't know how to act I think it's special what's behind your back So turn around and and I'll pick up the slack Take it to the bridge


6 komentarzy:

  1. Dzisiejszy dzień był szczególny. Nawet fakt, że musiała się kopsnąć do Salree tego nie mógł zmienić. W końcu nie codziennie się spotyka osoby na temat których trzymało się folder gdzieś w czeluściach swojego serwera. Yves Nuireur był ważną personą w tych stronach, o takich się trzyma foldery, na wszelki wypadek. Jednak zbieranie na czyjś temat informacji, a spotykanie się z nim twarzą w twarz, to dwie różne rzeczy.
    Niejako ją to zaskoczyło, gdy dostała od niego propozycję roboty, chociaż nieszczególnie powinno. Kiedy tylko w Girie pojawia się nowy towar, w dodatku luksusowy (chociaż w Girie to rzeczy takie jak mydło w kostce czasem szczyciło się statusem luksusowego), ona chce wiedzieć skąd się wziął. Źródło znalazła szybko, wystarczyło puścić program porównujący bazy danych, sprawdzając czy czegoś kupcom nie brakuje. Jednak problem pojawił się z pośrednikiem. On nie zostawiał za sobą wirtualnego śladu, przynajmniej ona nie mogła go znaleźć, więc od razu założyła, że po prostu działa jedynie w świecie analogowym. Bo przecież inaczej by go znalazła, nie mógł być lepszy od niej. Prawda? Prawda. No oczywiście, że prawda.
    Kiedy sekretarka nazwała ją “panią Timmy”, sama Timmy parsknęła śmiechem. Brzmiało to dość absurdalnie. I to twierdzi osoba pochodząca z nacji, w której telefony zwracają się na pan/pani [true story]. Ignorując piorunujące spojrzenie sekretarki, Timmy weszła do gabinetu Yvesa Nuireura.
    Trochę nie pasowała do ogólnej elegancji wnętrza, w swoich lekko brudnych jeansach z prawdziwymi dziurami, a nie takimi ze sklepu, adidasami które widziały lepsze dni, i te gorsze pewnie też, czarnej bluzie, co prawda w niezłym stanie, ale była dresowa, więc od razu traciła punkty. Nie wspominając już o twarzy, świeżo posiniaczonej. Z wczoraj puchła jej jeszcze śliwa pod okiem. Dłonie miała obandażowane, chociaż przez materiał przesiąkła trochę krew, obecnie zaschnięta. Ogólnie wyglądała dość źle.
    Postawiła swój plecak na ziemi i rozsiadła się na krześle, dokładnie tak jak mama jej nie uczyła.
    - Timmy - poprawiła go, czując jak robi jej się sucho w ustach. Nie słyszała swojego pełnego imienia od lat. Co prawda jej obecny pseudonim był dość do niego zbliżony, ale nie spodziewała się, że ktokolwiek go skojarzy. W końcu nie mógł jej znaleźć, upewniła się, że tamta Tímea już nie istnieje. Na jego pytanie, jedynie sięgnęła do plecaka i wyjęła z niego pustą butelkę po szkockiej whisky, dokładnie tej której dostawę ostatnio dziabnięto. - Jeżeli chodzi o opinię, to nie wiem, bo byłam już pijana, więc wszystko smakowało tak samo - powiedziała nonszalancko, czekając na jego reakcję.
    Pierwszy raz widziała Nuireura na żywo z bliska i okazało się, że te wszystkie zdjęcia nie kłamały. Słyszała już o tym jaki to on nieziemsko przystojny, ale czy nikt ich nie zauważył? Te brwi były niedorzeczne, nie potrafiła się na niczym innym skupić.


    Timmy
    [tam jest długie “i”, w sensie “í”, ale spoko. wiem, że nie wszyscy mają węgierską klawiaturę włączoną :DDD ]

    OdpowiedzUsuń
  2. Uśmiechnęła się przy komentarzu o jej garderobę.
    - Potwierdzam. - Wzruszyła ramionami. - Mam ważniejsze wydatki niż ubrania.
    Miała możliwość lepszego ubioru. Siedziała w dość lukratywnym interesie, posiadała umiejętności dzięki którym mogłaby żyć wygodnie, nie przejmując się już niczym. Jednak żyła nadal z dnia na dzień. Za swoją pracę brała tyle, ile jej akurat w danym momencie było potrzeba. Gdy brakowało jej pieniędzy na jedzenie, do włamywała się na czyjeś konto bankowe. Żyła jak margines społeczny, ale z wyboru.
    Opłaty często pobierała wręcz symbolicznie, aby sprawić dobre wrażenie. W końcu, brała kasę za coś co lubiła robić.
    - Na dzisiaj sobie liczę dwa tysiące dolarów - powiedziała. Dla niego to pewnie mało, szczególnie przy stratach jakie ponosił do tej pory. Dla niej się liczyło, by wymienić serwer którego już nie mogła naprawić. Pieniądze “na już” i dobra zabawa były jej głównymi motywacjami w tej robocie. Liczne instytucje, które korzystały z dobroci Nuireura nie miały dla niej większego znaczenia, a gdyby jej się nie podobała sytuacja w Girie to by tam nie mieszkała. Wielu żyło tam w potwornych warunkach, ale to nie był jej problem.
    - Girie ma swój własny urok, którego brak metropoliom - stwierdziła, z jakimś takim przytomniejszym błyskiem w oku, który zniknął tak szybko jak się pojawił. - Niespecjalnie mnie obchodzi ile pieniędzy kto tam wrzuca i skąd one pochodzą. Niektórym spać pomaga alkohol, a inni wolą sponsorować sierocińce - dodała nonszalancko. Według niej, nikt nie mógł tak po prostu poświęcać pieniądze na szczytne cele i mieć czyste sumienie. Nie jej to jednak było oceniać jakie grzechy chciałby odpokutować Nuireur. Przynajmniej dopóki ktoś jej do tego nie zatrudni.
    - Ale ktoś tam za tobą nie przepada - stwierdziła, przenosząc spojrzenie na butelkę. - Właściciel mojego ulubionego przybytku dostał ją za darmo. Nie chciał powiedzieć od kogo, a mi tak głupio było go szantażować wszystkim co na niego mam. - Miała jeszcze kilka tropów w postaci licytacji na deep webie. Pomimo swego nonszalanckiego zachowania potrafiła się przygotować, poza tym sama się interesowała tą sprawą.

    Timmy
    [jakie tam krótko, geez xD
    poodpisuję nie po kolei, bo pracowałam dzisiaj nad opowiadaniem u Willow, i jestem na nią obrażona xD ]

    OdpowiedzUsuń
  3. Tu sei una Pamphilli. Tu sei una gentildonna. Perci combatti!

    Tak, Larrete musiała walczyć, i była do tego przyzwyczajona. Była córką właściciela koncernu, widziała, jakie przetargi i pojedynki rozgrywają się w biznesie samochodowym, a co więcej: przyzwyczajano ją do tego, by w przyszłości sama mogła podejmować takie walki. Jako jedyna córka stanowiła dla ojca reprezentatywną wartość - nie tak dużą wprawdzie jak plany nowej wyścigowej fury do skonstruowania, ale na tyle dużą i znamienną, by można ją było zaproponować przystojnemu synowi właściciela innej firmy tego rodzaju. Wszystko było w miarę pięknie i Larrete mogłaby być szczęśliwa, gdyby nie ten parszywy zdrajca, którego teraz spostrzegła przed sobą. Nie mogła nawet drgnąć. Nie dała rady. Stała, wpatrzona w jego udręczoną żalem twarz, i sama nie wiedziała, co właściwie czuje: tęsknotę? Dojmujący żal? Litość? Gniew? Miłość? Pewnie wszystko po trochu.
    Ojciec czekał na nią w domu i powinna była się spieszyć, jeżeli miało obyć się bez skandalu i poszukiwania jej po całym mieście, a jednak...Coś kazało jej czekać, aż podejdzie, czekać w milczeniu wśród blasków zachodzącego słońca odbijającego się w jej lśniących perłach i rzucającego refleksy na jej fioletową, długą sukienkę z lejącego się materiału.

    Larrete

    OdpowiedzUsuń
  4. Rodzice Larrete nadali córce drugie, piękne imię: Veronica, wywodzące się z greckich słów "pheros" i "nike", co sama Larrete interpretowała do tej pory jasno: Veronica, niosąca zwycięstwo. Silna, nie ulegająca byle jakim pokusom kobieta, dumna i zdolna, której nic nie zdoła odebrać zwycięstwa nad zwalczającym ją otoczeniem. Jednak widok płaczącego Yvesa, dotyk jego dłoni, ciepło ciała, za którym tak bardzo tęskniła każdej nocy, i to niespodziewane spotkanie w porcie kazały jej poważnie się zastanowić, czy owo zwycięstwo, które do tej pory traktowała z taką dumą, nie było czasem pyrrusowe. Podeszła bliżej, jeszcze bliżej, wzywana jego łzą i ochrypłym głosem, który wtedy, wiele lat temu, sprawił, że zadrżały jej nogi i oszalało serce. Zupełnie zapomniała o oczekującym na nią ojcu i jego rozkazach, o szoferze i samochodzie, o kolacji w domu - wszystko to wobec Yvesa stało się nieistotne. Duma wprawdzie burzyła się w niej, krzycząc "zapominasz się", jednak Larrete po prostu nie mogła teraz tak po prostu odejść i zostawić tej sprawy, tego człowieka bez choćby chwili rozmowy.
    -Yves...-wyszeptała. Potrząsnęła głową, słysząc o wybaczeniu, o błaganiach. Nie, nie mogła zrobić tego tak łatwo, twarz tamtej kobiety i wszystkie przepłakane przez niego i dla niego noce, pełne żalu, stanęły przed nią jak żywe. Przełknęła ślinę.
    -A ja tyle razy tłumaczyłam ci, że nie mogę. Mam rzucić ci się na szyję z pocałunkami po tym, co mi zrobiłeś?-spytała cicho. Bała się mówić głośniej, nie chciała, by Nuireur usłyszał, jak jej głos drży i traci swoją pewność. Otarła mu łzę z policzka, choć wiele ją to kosztowało.
    -Wracam tędy do domu. Mój ojciec ma tu interesy z Gildią i z jakimiś innymi firmami-odpowiedziała na jego pytanie. Nienawiść, jaką czuła, trochę zmalała, duma skowyczała w niej z uciechy, widząc jego cierpienie...ale Larrete nie była potworem. Nie chciała bawić się przez próżność jego smutkiem, zbyt wiele dobrych chwil zawdzięczała Yvesowi, żeby teraz go ranić. To prawda, nic ich już nie łączyło ("kłamiesz, Larrete" - krzyknęło jej sumienie), ale nie potrafiła, nawet po tym wszystkim, tak po prostu zostawić blondyna z niczym.
    -A ty...Co robisz w Mortiel?

    Larrete Pamphilli

    OdpowiedzUsuń
  5. -Po twoim odejściu...i wcześniej, kiedy do tego doszło, wypłakiwałam sobie za tobą oczy. Nie umiem ci przebaczyć, nie wiem, czy coś jeszcze do ciebie czuję...-w głosie Larrete również pobrzmiewał głęboki smutek. Nie spodziewała się takiego spotkania, liczyła na inne okoliczności i na to, że sama sytuacja, w jakiej była, zmusi ją do porzucenia myśli o przeszłości. Hasłem koncernu Pamphilli i mottem rodu było przecież "sprawiedliwe jutro", nie gorzkie chwile, które już upłynęły. Jednak Larrete nie umiała o nich zapomnieć, tak jak nie potrafiła wygnać Yvesa ze swej podświadomości. Wracał do niej w snach jak bumerang, a ona nie tylko nie odganiała ich, ale wręcz podświadomie chciała, by tak się działo.
    Nie wiedziała o masakrze jego rodziny, nie miała pojęcia, że spotkał go taki ból. Sprawa poza Mortiel to jedno, ale. ..Przełknęła nerwowo ślinę. Co miała mu powiedzieć?
    -Przykro mi, Yves-stwierdziła wreszcie, czując wręcz woń wypływającego z jej ust banału.
    Naprawdę nie stać cię na nic lepszego, Larrete?
    Westchnęła, po czym prześledziła szybko myślami tok całej rozmowy. Jak powinna teraz się zachować?
    -Mieszkam niedaleko portu. Dobrze wiedzieć, komu zawdzięczam tak ładny wygląd tej dzielnicy-uśmiechnęła się słabo. Przez chwilę walczyła z myślami. Wreszcie jednak się przemogła, odegnała uprzedzenia...i ujęła dłoń Nuireura, przezwyciężywszy znajomy dreszcz.
    -Do widzenia, Yves-pożegnała go cicho, z rozognioną twarzą pełną zmieszanych ze sobą emocji. Puściła jego dłoń, jakby była z rozżarzonego metalu, po czym pobiegła w stronę domu. Na ulicy natrafiła na limuzynę i starego Leonardo. Wsiadła do samochodu i trzasnęła drzwiami, chcąc chociaż w ten sposób dać upust emocjom.
    -Do domu-zażądała łamiącym się głosem. Leonardo - chwała mu za to - nie zadawał żadnych pytań.

    Larrete

    OdpowiedzUsuń
  6. [Uuu Persie... nie spodziewalam sie po Tobie takiego ciacha xD]

    Shiya / Glen / Ray (shit... a moze bede sie podpisywac tylko jednym...)

    OdpowiedzUsuń