czwartek, 29 czerwca 2017

go head be gone with it


Yves Nuireur
ZARZĄDCA GŁÓWNEGO PORTU || 702 LATA || FRANCUZ Z URODZENIA || SZLACHCIC


Zdarzyło się pewnej zimy, w rozhulanym jak zwykle londyńskim karnawale, że ja przyjęciach u najznamienitszych osób z towarzystwa jął bywać pewien dżentelmen, bardziej wyróżniający się swą osobliwością aniżeli wysokością urodzenia. Szalejącej naokół wesołości przyglądał się tak, jak gdyby sam nie mógł brać w niej udziału. Beztroskim podśmiewaniom przysłuchiwał się bodaj tylko po to, by natychmiast dławić je swoim spojrzeniem i wzbudzać lęk w duszach pełnych dotąd bezmylnego wesela. Ci, co ulegli tej bojaźni, nie umieli wyjaśnić, skąd się wzięła. Byli tacy, co sądzili, że z jego martwych, szarych oczy, które spoglądając rozmówcy w twarz, zdawały się jej nie przenikać, nie sięgać do ich najskrytszych drgnień serca, lecz raczej muskały policzek ołowianych promieniem nieznośnie ciążącym na skórze. Dżentelmen ów był tak osobliwy, że wszędzie go zapraszano. Wszyscy pragnęli go zobaczyć, ci zaś, co przywykli już do gwałtownych podnieceń i ciążyła im nuda, byli radzi, że pojawia się coś, co może przykuć ich uwagę. Jakkolwiek twarz jego była trupioblada, nietknięta najbledszym nawet rumieńcem, ani skromnym pąsem, ani wypiekiem świadczącym i jakiejś żarliwszej namiętności — choć przecież kształt i rysy miała urodziwe — wiele osławionych pożeraczek męskich serc starało się zwrócić jego uwagę i zaskarbić sobie przynajmniej cień czegoś, co mógłby nazwać afektem.
——————— John William Polidori, Wampir



od Persia

7 komentarzy:

  1. Dzisiejszy dzień był szczególny. Nawet fakt, że musiała się kopsnąć do Salree tego nie mógł zmienić. W końcu nie codziennie się spotyka osoby na temat których trzymało się folder gdzieś w czeluściach swojego serwera. Yves Nuireur był ważną personą w tych stronach, o takich się trzyma foldery, na wszelki wypadek. Jednak zbieranie na czyjś temat informacji, a spotykanie się z nim twarzą w twarz, to dwie różne rzeczy.
    Niejako ją to zaskoczyło, gdy dostała od niego propozycję roboty, chociaż nieszczególnie powinno. Kiedy tylko w Girie pojawia się nowy towar, w dodatku luksusowy (chociaż w Girie to rzeczy takie jak mydło w kostce czasem szczyciło się statusem luksusowego), ona chce wiedzieć skąd się wziął. Źródło znalazła szybko, wystarczyło puścić program porównujący bazy danych, sprawdzając czy czegoś kupcom nie brakuje. Jednak problem pojawił się z pośrednikiem. On nie zostawiał za sobą wirtualnego śladu, przynajmniej ona nie mogła go znaleźć, więc od razu założyła, że po prostu działa jedynie w świecie analogowym. Bo przecież inaczej by go znalazła, nie mógł być lepszy od niej. Prawda? Prawda. No oczywiście, że prawda.
    Kiedy sekretarka nazwała ją “panią Timmy”, sama Timmy parsknęła śmiechem. Brzmiało to dość absurdalnie. I to twierdzi osoba pochodząca z nacji, w której telefony zwracają się na pan/pani [true story]. Ignorując piorunujące spojrzenie sekretarki, Timmy weszła do gabinetu Yvesa Nuireura.
    Trochę nie pasowała do ogólnej elegancji wnętrza, w swoich lekko brudnych jeansach z prawdziwymi dziurami, a nie takimi ze sklepu, adidasami które widziały lepsze dni, i te gorsze pewnie też, czarnej bluzie, co prawda w niezłym stanie, ale była dresowa, więc od razu traciła punkty. Nie wspominając już o twarzy, świeżo posiniaczonej. Z wczoraj puchła jej jeszcze śliwa pod okiem. Dłonie miała obandażowane, chociaż przez materiał przesiąkła trochę krew, obecnie zaschnięta. Ogólnie wyglądała dość źle.
    Postawiła swój plecak na ziemi i rozsiadła się na krześle, dokładnie tak jak mama jej nie uczyła.
    - Timmy - poprawiła go, czując jak robi jej się sucho w ustach. Nie słyszała swojego pełnego imienia od lat. Co prawda jej obecny pseudonim był dość do niego zbliżony, ale nie spodziewała się, że ktokolwiek go skojarzy. W końcu nie mógł jej znaleźć, upewniła się, że tamta Tímea już nie istnieje. Na jego pytanie, jedynie sięgnęła do plecaka i wyjęła z niego pustą butelkę po szkockiej whisky, dokładnie tej której dostawę ostatnio dziabnięto. - Jeżeli chodzi o opinię, to nie wiem, bo byłam już pijana, więc wszystko smakowało tak samo - powiedziała nonszalancko, czekając na jego reakcję.
    Pierwszy raz widziała Nuireura na żywo z bliska i okazało się, że te wszystkie zdjęcia nie kłamały. Słyszała już o tym jaki to on nieziemsko przystojny, ale czy nikt ich nie zauważył? Te brwi były niedorzeczne, nie potrafiła się na niczym innym skupić.


    Timmy
    [tam jest długie “i”, w sensie “í”, ale spoko. wiem, że nie wszyscy mają węgierską klawiaturę włączoną :DDD ]

    OdpowiedzUsuń
  2. Uśmiechnęła się przy komentarzu o jej garderobę.
    - Potwierdzam. - Wzruszyła ramionami. - Mam ważniejsze wydatki niż ubrania.
    Miała możliwość lepszego ubioru. Siedziała w dość lukratywnym interesie, posiadała umiejętności dzięki którym mogłaby żyć wygodnie, nie przejmując się już niczym. Jednak żyła nadal z dnia na dzień. Za swoją pracę brała tyle, ile jej akurat w danym momencie było potrzeba. Gdy brakowało jej pieniędzy na jedzenie, do włamywała się na czyjeś konto bankowe. Żyła jak margines społeczny, ale z wyboru.
    Opłaty często pobierała wręcz symbolicznie, aby sprawić dobre wrażenie. W końcu, brała kasę za coś co lubiła robić.
    - Na dzisiaj sobie liczę dwa tysiące dolarów - powiedziała. Dla niego to pewnie mało, szczególnie przy stratach jakie ponosił do tej pory. Dla niej się liczyło, by wymienić serwer którego już nie mogła naprawić. Pieniądze “na już” i dobra zabawa były jej głównymi motywacjami w tej robocie. Liczne instytucje, które korzystały z dobroci Nuireura nie miały dla niej większego znaczenia, a gdyby jej się nie podobała sytuacja w Girie to by tam nie mieszkała. Wielu żyło tam w potwornych warunkach, ale to nie był jej problem.
    - Girie ma swój własny urok, którego brak metropoliom - stwierdziła, z jakimś takim przytomniejszym błyskiem w oku, który zniknął tak szybko jak się pojawił. - Niespecjalnie mnie obchodzi ile pieniędzy kto tam wrzuca i skąd one pochodzą. Niektórym spać pomaga alkohol, a inni wolą sponsorować sierocińce - dodała nonszalancko. Według niej, nikt nie mógł tak po prostu poświęcać pieniądze na szczytne cele i mieć czyste sumienie. Nie jej to jednak było oceniać jakie grzechy chciałby odpokutować Nuireur. Przynajmniej dopóki ktoś jej do tego nie zatrudni.
    - Ale ktoś tam za tobą nie przepada - stwierdziła, przenosząc spojrzenie na butelkę. - Właściciel mojego ulubionego przybytku dostał ją za darmo. Nie chciał powiedzieć od kogo, a mi tak głupio było go szantażować wszystkim co na niego mam. - Miała jeszcze kilka tropów w postaci licytacji na deep webie. Pomimo swego nonszalanckiego zachowania potrafiła się przygotować, poza tym sama się interesowała tą sprawą.

    Timmy
    [jakie tam krótko, geez xD
    poodpisuję nie po kolei, bo pracowałam dzisiaj nad opowiadaniem u Willow, i jestem na nią obrażona xD ]

    OdpowiedzUsuń
  3. Tu sei una Pamphilli. Tu sei una gentildonna. Perci combatti!

    Tak, Larrete musiała walczyć, i była do tego przyzwyczajona. Była córką właściciela koncernu, widziała, jakie przetargi i pojedynki rozgrywają się w biznesie samochodowym, a co więcej: przyzwyczajano ją do tego, by w przyszłości sama mogła podejmować takie walki. Jako jedyna córka stanowiła dla ojca reprezentatywną wartość - nie tak dużą wprawdzie jak plany nowej wyścigowej fury do skonstruowania, ale na tyle dużą i znamienną, by można ją było zaproponować przystojnemu synowi właściciela innej firmy tego rodzaju. Wszystko było w miarę pięknie i Larrete mogłaby być szczęśliwa, gdyby nie ten parszywy zdrajca, którego teraz spostrzegła przed sobą. Nie mogła nawet drgnąć. Nie dała rady. Stała, wpatrzona w jego udręczoną żalem twarz, i sama nie wiedziała, co właściwie czuje: tęsknotę? Dojmujący żal? Litość? Gniew? Miłość? Pewnie wszystko po trochu.
    Ojciec czekał na nią w domu i powinna była się spieszyć, jeżeli miało obyć się bez skandalu i poszukiwania jej po całym mieście, a jednak...Coś kazało jej czekać, aż podejdzie, czekać w milczeniu wśród blasków zachodzącego słońca odbijającego się w jej lśniących perłach i rzucającego refleksy na jej fioletową, długą sukienkę z lejącego się materiału.

    Larrete

    OdpowiedzUsuń
  4. Rodzice Larrete nadali córce drugie, piękne imię: Veronica, wywodzące się z greckich słów "pheros" i "nike", co sama Larrete interpretowała do tej pory jasno: Veronica, niosąca zwycięstwo. Silna, nie ulegająca byle jakim pokusom kobieta, dumna i zdolna, której nic nie zdoła odebrać zwycięstwa nad zwalczającym ją otoczeniem. Jednak widok płaczącego Yvesa, dotyk jego dłoni, ciepło ciała, za którym tak bardzo tęskniła każdej nocy, i to niespodziewane spotkanie w porcie kazały jej poważnie się zastanowić, czy owo zwycięstwo, które do tej pory traktowała z taką dumą, nie było czasem pyrrusowe. Podeszła bliżej, jeszcze bliżej, wzywana jego łzą i ochrypłym głosem, który wtedy, wiele lat temu, sprawił, że zadrżały jej nogi i oszalało serce. Zupełnie zapomniała o oczekującym na nią ojcu i jego rozkazach, o szoferze i samochodzie, o kolacji w domu - wszystko to wobec Yvesa stało się nieistotne. Duma wprawdzie burzyła się w niej, krzycząc "zapominasz się", jednak Larrete po prostu nie mogła teraz tak po prostu odejść i zostawić tej sprawy, tego człowieka bez choćby chwili rozmowy.
    -Yves...-wyszeptała. Potrząsnęła głową, słysząc o wybaczeniu, o błaganiach. Nie, nie mogła zrobić tego tak łatwo, twarz tamtej kobiety i wszystkie przepłakane przez niego i dla niego noce, pełne żalu, stanęły przed nią jak żywe. Przełknęła ślinę.
    -A ja tyle razy tłumaczyłam ci, że nie mogę. Mam rzucić ci się na szyję z pocałunkami po tym, co mi zrobiłeś?-spytała cicho. Bała się mówić głośniej, nie chciała, by Nuireur usłyszał, jak jej głos drży i traci swoją pewność. Otarła mu łzę z policzka, choć wiele ją to kosztowało.
    -Wracam tędy do domu. Mój ojciec ma tu interesy z Gildią i z jakimiś innymi firmami-odpowiedziała na jego pytanie. Nienawiść, jaką czuła, trochę zmalała, duma skowyczała w niej z uciechy, widząc jego cierpienie...ale Larrete nie była potworem. Nie chciała bawić się przez próżność jego smutkiem, zbyt wiele dobrych chwil zawdzięczała Yvesowi, żeby teraz go ranić. To prawda, nic ich już nie łączyło ("kłamiesz, Larrete" - krzyknęło jej sumienie), ale nie potrafiła, nawet po tym wszystkim, tak po prostu zostawić blondyna z niczym.
    -A ty...Co robisz w Mortiel?

    Larrete Pamphilli

    OdpowiedzUsuń
  5. -Po twoim odejściu...i wcześniej, kiedy do tego doszło, wypłakiwałam sobie za tobą oczy. Nie umiem ci przebaczyć, nie wiem, czy coś jeszcze do ciebie czuję...-w głosie Larrete również pobrzmiewał głęboki smutek. Nie spodziewała się takiego spotkania, liczyła na inne okoliczności i na to, że sama sytuacja, w jakiej była, zmusi ją do porzucenia myśli o przeszłości. Hasłem koncernu Pamphilli i mottem rodu było przecież "sprawiedliwe jutro", nie gorzkie chwile, które już upłynęły. Jednak Larrete nie umiała o nich zapomnieć, tak jak nie potrafiła wygnać Yvesa ze swej podświadomości. Wracał do niej w snach jak bumerang, a ona nie tylko nie odganiała ich, ale wręcz podświadomie chciała, by tak się działo.
    Nie wiedziała o masakrze jego rodziny, nie miała pojęcia, że spotkał go taki ból. Sprawa poza Mortiel to jedno, ale. ..Przełknęła nerwowo ślinę. Co miała mu powiedzieć?
    -Przykro mi, Yves-stwierdziła wreszcie, czując wręcz woń wypływającego z jej ust banału.
    Naprawdę nie stać cię na nic lepszego, Larrete?
    Westchnęła, po czym prześledziła szybko myślami tok całej rozmowy. Jak powinna teraz się zachować?
    -Mieszkam niedaleko portu. Dobrze wiedzieć, komu zawdzięczam tak ładny wygląd tej dzielnicy-uśmiechnęła się słabo. Przez chwilę walczyła z myślami. Wreszcie jednak się przemogła, odegnała uprzedzenia...i ujęła dłoń Nuireura, przezwyciężywszy znajomy dreszcz.
    -Do widzenia, Yves-pożegnała go cicho, z rozognioną twarzą pełną zmieszanych ze sobą emocji. Puściła jego dłoń, jakby była z rozżarzonego metalu, po czym pobiegła w stronę domu. Na ulicy natrafiła na limuzynę i starego Leonardo. Wsiadła do samochodu i trzasnęła drzwiami, chcąc chociaż w ten sposób dać upust emocjom.
    -Do domu-zażądała łamiącym się głosem. Leonardo - chwała mu za to - nie zadawał żadnych pytań.

    Larrete

    OdpowiedzUsuń
  6. [Uuu Persie... nie spodziewalam sie po Tobie takiego ciacha xD]

    Shiya / Glen / Ray (shit... a moze bede sie podpisywac tylko jednym...)

    OdpowiedzUsuń
  7. Chłodny, mocno już szpakowaty kamerdyner poprowadził blondyna ciemnawymi korytarzami, od czasu do czasu rozświetlanymi słońcem ze świeżo umytych okien; ciemnozielona tapeta na ścianach wyszywana złotem, ciężkie portrety pokoleń rodu Pamphilli w złotych ramach z podpisem "lord", "hrabia", "biskup", w ostateczności "księżna" lub "książę". Między portretami zdarzały się przerwy; wypełniały je ciemnobrązowe drzwi wiodące w sumie nie wiadomo dokąd. Dotarli do rozjaśnionych i gładkich od politury schodów wyłożonych wesołym, żółtym dywanem, wspięli się po nich na piętro i minąwszy szereg kolejnych zamkniętych na głucho wejść, dotarli do ostatniego po prawej stronie na pierwszym piętrze pomieszczenia. Leonardo nacisnął stanowczo klamkę i przeszli do innego skrzydła domu - tego przeznaczonego w całości dla panny Larrete. Poprowadził go znów kolejnymi korytarzami, a gdy dotarli do gabinetu, z chłodną godnością zastukał do drzwi. Przez całą drogę się nie odzywał, bo i nie leżało to w jego gestii. Otworzywszy drzwi, odsłonił oczom Yvesa piękny, obity niebieską tapetą pokój, z dwojgiem jasnych, wesołych okien, rozświetlony i przez to kontrastujący z chłodną ponurością korytarzy. Za dębowym, dużym biurkiem siedziała charakterystyczna, szczupła, rudowłosa sylwetka, w tej chwili skupiona na stosach dokumentów i teczek, które segregowała i niczym statystyczna pani z dziekanatu obdarzała pieczątką akceptacji. Nie uniosła nawet głowy i Leonardo musiał odchrząknąć i oznajmić:
    - Signorina, przyprowadziłem panience tego człowieka. Był umówiony z panienką.
    - Dobrze, Leonardo, weź część tych papierów i zanieś je do taty, jeśli możesz - poleciła Larrete, unosząc się lekko z krzesła i przeciągając się. Nagle znieruchomiała, widząc Yvesa. W pierwszej chwili, mimo wszystko, myślała, że to kolejny z agentów koncernu Pamphilli, którego przysłał jej ojciec, a nie były narzeczony - jego spodziewała się dużo później. A jednak...to był on. Bezsprzecznie on.
    Leonardo ze spokojem dobrze wyszkolonego lokaja zabrał papiery, odwrócił się jeszcze do Larrete ze słowami: "za godzinę ma panienka następne spotkanie", po czym wyszedł, zamykając za sobą drzwi.
    Jak we śnie, jak zmrożona, podeszła do niego, drżąc na całym ciele.
    Skrzynka, którą teraz przyniósł, nie była tak ważna. Miała na sobie tą samą białą, prostą sukienkę, w której zobaczył ją wtedy po raz pierwszy, rude włosy rozlewały się po nagich ramionach, światło otaczało ją swego rodzaju glorią. Przypominała zmrożonego zimnem i lękiem anioła.
    Everglow
    You'll never know the beauty I see when you open your shadows

    -Witaj-wyszeptała wreszcie, jakby była w kościele. Czy to był ten sam, wytęskniony, tak drogi jej sercu Yves, ten sam Yves, który tak się z nią wtedy obszedł? A jednak nie mogła nie wyjąć z jego dłoni skrzynki, nie odstawić jej na biurku; schwycenie jego ciepławych dłoni w jej własne, nagrzane pracą, pomazane tuszem od długopisu i od pędzelka (tradycyjny zestaw do kaligrafii też bywał potrzebny w jej pracy) było wręcz fizyczną koniecznością, taką samą, jak wzięcie kolejnej działki narkotyku czy wypicie trzeciej z rzędu flaszki dla alkoholika. Miał taki silny, uzależniający wręcz zapach; czy to była jej własna, ciepła woń konwalii? Czy to były jego perfumy, mocne, męskie, kojarzące się z nutą drewna, bursztynu i czegoś jeszcze? Czy może to były kwiaty z ich ogrodu, drogie, cenne, pielęgnowane przez wiele lat? A może w końcu...
    Och, a może to był zapach tego, co ich łączyło, słodko-gorzka woń miłości, przepłakanych nocy, żalu, dawnej nienawiści, pustki po odejściu drugiej strony, której nie dało się wypełnić, rozpaczliwa woń miłości nie dającej się ugasić, wciąż lśniącej na ich wspólnym niebie?
    Everglow
    They'll never know the worlds I see in the darkness you don't show
    Everglow...


    Larrete Pamphilli

    OdpowiedzUsuń