27 czerwca 2017

"So you don't need a doctor, eh?"

Dr. Eizen Darkling

Chyba każdy zna w Cledo miłego, tajemniczego i nieco staroświeckiego doktora Darkling'a który żyje tam już wystarczająco długo by powstały o nim miejskie legendy. Mawia się że był w świecie ludzi najlepszym zabójcą potworów jakiego ci widzieli, stąd posiada taką rozległą wiedzę na temat nadnaturalnych istot. Inni szepczą o tym że jest on jeno zjawą, cieniem obserwującym mieszkańców tego spokojnego miejsca by pewnego dnia pochłonąć ich wszystkich, dlatego ukrywa swoją twarz. A ci z głową na karku podejrzewają go o bycie wygnańcem Lot Di'iv którego oczy i uszy ów rodu ciągle obserwują. Lecz nikt nie ma pewności czy jest on ukrytym człowiekiem, upiorem bądź smokiem w przebraniu. Wiadomo tylko że jest tajemnicą, i możliwe że tajemnicą pozostanie.



Oblicze | Blizny | Wspomnienia






_______________________________________________________________________________
Tak, Wujek Dragon jedzie po kosztach.
 A tak na serio po prostu pakuje wszystkie skill'e w minimalizm

23 komentarze:

  1. (No dżedźdź, Wujaszku. :D Mam pomysł - Akira ma wroga i z nim się napiernicza, wychodzi w miarę cało, noale jest poważnie ranny. Traf chce, że walka odbywa się na terenach doktora Eizena. Ten może chcieć uratować Akirę, ale...ale w zamian zażąda jednego: informacji. Akira ma być jego cieniem, jak leniwemu Eizenowi nie chce się czegoś szukać, to ma to znaleźć Akira, a w zamian za to ma zapewnione składanie...no, dopóki Eizen będzie chciał. No i co dwa smoki, to nie jeden, no nie? :3)

    Akira Englund

    OdpowiedzUsuń
  2. [+12 - przekleństwa]

    So all you sick and the bitterness of the lonely
    To all you overdosed and you miles of coke fiends


    - To on!
    - Zabijcie go!
    - Tam jest! Ucieka!
    - Szybciej, do kurwy nędzy!

    Krzyczący mężczyźni. Ból. Strzały. Gorąco. Znowu ból. Krew. Ciepła, gęsta, ściekająca po ciele krew. Podmuch powietrza. Pocisk mknący z dużą prędkością w jego stronę.
    Sam nie wiedział, kiedy w ogóle zdążył dostać w brzuch. Zaklął głośno, przeciągle, upadł na ziemię. Gorąca posoka przesączała się przez jego palce, gdy leżał na średnio wygodnym podłożu z trawy. Ile czasu strzelali się już w tym cholernym miejscu? Z pół dnia? A myślałby kto, że ten cholerny Akodo w końcu odpuści. Że nie znajdzie go tak łatwo w Mortiel...
    -Khe...Khuuurwa...-jęknął ochryple. Ucisnął mocniej ranę dłońmi, czując, że nowa koszula, nowe ubranie, nowe wszystko poszło centralnie fpisssdu. Chyba dostał w jelita. Może wyżej, może niżej, trudno mu było powiedzieć.
    Smocze moce tym razem go zawiodły, nie opanował ich jeszcze do końca. Po raz setny przeklinał się w myślach za to, że na studiach unikał jak ognia treningu nad swoją mocą, której nie potrafił wówczas zaakceptować.
    Poczuł gorycz w ustach. Kto by pomyślał, że tak to wszystko się skończy? Na jego wargach zagościł drwiący, smutny uśmiech. Przymknięte powieki trzepotały jeszcze chwilę, wdzierało się pod nie światło.
    Wywabili go z Eflei, gdzie miał bar. Wywabili go, używając Terayukiego jako przynęty. Nie mógł zostawiać przyjaciela tak na pastwę tych...bydlaków. A teraz chyba umierał, no, w każdym razie odpływał. Najważniejsze, że młody uciekł. Da sobie radę.
    To była ostatnia myśl, z jakiej Akira Englund zdał sobie sprawę.
    ***
    Jakiś czas później
    Terayuki szedł najszybciej, jak mógł, niosąc rannego Akirę. Ten leżał, półprzytomny, i wyraźnie potrzebował doktora. Bardzo dobrego doktora.
    Towarzyszył im jeszcze jeden chłopak z baru, pomywacz, którego Terayuki zaangażował do pomocy panu Englundowi. To on zadzwonił do drzwi. Kiedy stanęła w nich zdziwiona niewolnica, powiedział:
    - Mamy rannego pacjenta. Czy doktor Darkling jest w domu?
    Pacjent poparł to pytanie chrapliwym kaszlem i kolejną porcją posoki prosto z jako tako zabandażowanej rany.

    Akira Englund

    OdpowiedzUsuń
  3. Ninath przybyła do Cledo z dość nietypowa sprawą. Ostatnio czuła się wyjątkowo źle. Miewała zawroty głowy oraz gorączki. Zazwyczaj starała się łagodzić sprawę magią, jednak tak jak kiedyś (w czasie, gdy żyła jeszcze w Mundusie) nic to nie dawało. Dodatkowym problemem był fakt, iż tutejsze elfy chorowały, a jeśli już coś im się zdarzało złapać, to nic nie pasowało do dolegliwości altmerki. Faktem było, że nie miała zamiaru umrzeć z powodu jakiegoś choróbska, więc postanowiła zasięgnąć porady specjalisty, a wszyscy doskonale wiedzieli, kto jest najlepszym specjalistą na choroby niezdiagnozowane, a taką prawdopodobnie miała Ninath.
    Wzięła głęboki wdech, stojąc pod domem doktora. Na Auri - Ela, jak ona nienawidziła prosić kogoś o pomoc. To było takie... Upokarzające. Niestety, lepiej żyć w takim upokorzeniu, niźli pożegnać się ze światem przez idiotyczną gorączkę. W końcu zapukała. W oczekiwaniu na otwarcie drzwi, doszła do wniosku, że nagła inwazja zombie, albo jakiś innych nierozumnych potworów, byłaby wręcz fantastycznym wybawieniem. Śmierć w obronie bezbronnych to przecież jak zaszczyt i honor.

    Ninath

    OdpowiedzUsuń
  4. Akira uśmiechnął się słabo i mruknął coś, co mogło zabrzmieć równie dobrze "w cholerę", ale i jak "dziękuję", po czym zacisnął lepkie, drżące palce na chłodnej pościeli. Czemu zawsze w domu Eizena musiało być tak zimno jak w jakiejś jebanej kostnicy? A może po prostu mu się przywidziało? Tak, czy inaczej leżał spokojnie, dając się składać do kupy. Terayuki i jego pomagier wykonywali wszystkie polecenia doktora Darklinga z minami świadczącymi o tym, że już się przyzwyczaili do tego typu sytuacji.
    -Co mnie...nie zabije, to mnie...wzmocni-parsknął Englund, starając się wytrzymać mężnie ból. W pewnym momencie jednak musiał, po prostu musiał wydać z siebie iście smoczy, godny ogoniastych przedstawicieli tego gatunku syk przepełniony bólem - w końcu po boku ściekło mu trochę środka odkażającego, chyba...spirytusu? W każdym razie musiał to być jakiś niezwykle mocny alkohol.
    Zamknął oczy, czując, że obraz zaczyna mu wirować przed oczyma. Zaraz...się...obudzi...
    ***
    Obudził się, oczywiście, że tak. Ale tym razem, kiedy spojrzał - już przytomniej i bystrzej - przed siebie, musiało być dość późno, bo nie paliło się światło. Czyżby był już wieczór?
    -Eizen?-zawołał ochryple. Odkaszlnął, po czym krzyknął znów silniejszym głosem:-Eizen?

    Akira aka ofiara losu

    OdpowiedzUsuń
  5. These passions slowly smoldering.
    A lesson never learned...
    Only
    violence.



    Zamrugał powiekami mocniej, słysząc głos Eizena. W pewien niewytłumaczalny sposób poczuł się lepiej, wiedząc, że nie jest sam, że to nie jest jedynie jego surrealistyczny wytwór wyobraźni, a istota, która się nad nim pochyla, to naprawdę Eizen Darkling, a nie potwór ze snów. Czyżby go ubrał? Cóż, wobec tego naprawdę miał duży...rozmiar koszuli. Przełknął ślinę. Coś skowyczało mu szaleńczo w sercu, czuł smak krwi na języku, miał ochotę zadrżeć, wypuścić dawno skrywane płomienie...
    Tyle, że był gościem w czyimś domu. A smoki nie spopielają swoich gospodarzy. Na chwilę zamknął oczy. A potem powtórnie je otworzył, przyzwyczajając się do miękkości nowego ubrania i do tego, co powiedział mu Eizen.
    -Wiszę ci przysługę-stwierdził fakt. Nagle zorientował się, że ma w gardle niebotyczną Saharę. Tak niebotyczną, że umarłby tam na śmierć każdy wielbłąd, kaktus i wszystko, co z reguły nie potrzebuje wody. Syknął cicho.
    -Możesz mi przynieść wody?-spytał cicho.-Wody. A co do tego, co się stało...
    Zmarszczył brwi. Wspomnienia osiadły mu gdzieś z tyłu głowy jak ciepły jeszcze, szary popiół w kominku. Westchnął. Czy powinien zaufać doktorowi? Najlepsza będzie półprawda. Albo ćwierćprawda.
    -Doszło do dość skomplikowanego spotkania...Mój zleceniodawca pracował dla osoby, o której myślałem, że jest w Europie-przyznał.-Wykorzystali Terayukiego na przynętę.
    Nagle pobladł, jakby się przestraszył. W gardle zrobiło mu się jeszcze bardziej sucho. Czy Terayuki...Ktoś go tu wprawdzie niósł, Eizen mówił o kolegach, ale...
    -Którzy koledzy, Eizen? Zechciej doprecyzować, mam spore ilości kolegów, w tym tych bardziej...eee...-zawahał się.-Służbowych.


    Akira Englund

    OdpowiedzUsuń

  6. Powoli zaczynała wierzyć, że nikt już jej nie otworzy, więc szczęśliwa, aczkolwiek słaba, opuści teren doktora. Jeden Auri – El wie, jak bardzo chciała to zrobić. Dlatego też skrzywiła się na widok doktora, bardziej ze strachu, niźli niechęci. Wzięła głęboki wdech. Oh, jak ona nienawidziła takich sytuacji. Tutaj elfy nie powinny nawet chorować. Wypuściła powietrze.
    - Cóż, to dość frustrująca sprawa, biorąc pod uwagę moją rasę, doktorze – zaczęła. Cholera. Nie chciała nikomu tłumaczyć różnic między merami, a szczepami elfów zamieszkującymi Mortiel. Większość ledwo rozumiała sedno sprawy. Lekarz zapewne nie należał do ograniczonych umysłów, jednakże Ninath nie miała siły na wyjaśnienia. Przestąpiła z nogi na nogę, czując jak świat zaczyna wirować. Złapała się framugi drzwi. Zacisnęła dłoń, prostując się jak struna.
    - Źle się czuję, chociaż jestem elfem – dodała, po czym, jakby straciła równowagę. Złapała ją w ostatniej chwili. Nie. Nie była w ciąży. Nie spała z nikim od lat. Była na coś chora od jakiegoś czas, ale miała to gdzieś. Teraz płaciła cenę. Problem w tym, że na ten moment ledwo stała. Rozmowa przekraczała możliwości rudowłosej.


    Ninath

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie protestowała, gdy wziął ją pod rękę. W zasadzie to była mu wdzięczna w duchu. Ledwo stała, a upadek tuż pod stopy lekarza byłby hańbą nie tylko dla niego. Przełknęła ślinę, idąc kierowana przed mężczyznę. Każdy krok był nie lada wyzwaniem. Czuła jak kropelki potu powoli wyskakują jej na czole, by następnie zjechać po długości twarzy – spaść na rzęsy, bądź utworzyć ledwo widoczne stróżki na polikach i nosie. Była pewna, że miała mocną gorączkę. Od takich gorączek zaczynały się ciężkie choroby, często nieuleczalne. Chory leżał w izbie pod skórami, męczył się w oczekiwaniu na śmierć. Nie chciała tego. Mortiel, ten świat, miał niezwykle rozwiniętą medycynę pod pewnymi względami. Ten kraj słynął ze znakomitych lekarzy, więc pozwoliła sobie na promyk nadziei. Nie była zwyczajnym elfem, aczkolwiek jej fizjonomia była podobna do różnych szczepów zamieszkujących Ziemię. On MUSIAŁ udzielić altmerce pomocy.
    Usiadła we wskazanym miejscu, po czym położyła dłonie na kolanach, z trudem utrzymując równowagę. Wzięła głęboki wdech. Źle to znosiła. Nic dziwnego, nie była przyzwyczajona.
    - Ninath Caemfhaer, daty nie jestem w stanie niestety podać, mieszkam w Eflei, zajmuję się głównie badaniem ruin i zleceniami z Gildii; elf, grupa krwi: B- - wymieniła praktycznie na jednym wydechu. Następnie ponownie wciągnęła powietrze, lekko pochylając głowę w dół.
    - Nie jestem, nigdy wcześniej nie chorowałam, więc nie było takiej potrzeby. Rany zazwyczaj daję radę opatrzyć sama, albo korzystam z lecznicy w Gildii, ale tam nie leczy się chorób – a nawet gdyby leczono, to jej byłoby wstyd tam iść. Tak po prostu.
    - Mam gorączki od jakiegoś czasu – kontynuowała, chociaż mógł wyczuć zmęczenie w jej głosie. Nie przestawała jednak, rozmowa z lekarzem nie była wyczynem olimpijskim, w jej aktualnym stanie wystarczyło po prostu włożyć w to odrobinę wysiłku. – Poza tym tradycyjnie towarzyszące dreszcze i bóle głowy. Od jakiegoś czas też mój organizm jest osłabiony i mam trudności z trudniejszymi zaklęciami co jest pochodną mojego stanu zdrowia. To chyba wszystko, doktorze. Mam nadzieję, że mimo wszystko nie jest to nic poważnego – zakończyła wywód możliwie spokojnym tonem. Nie przejmowala się za bardzo jego dotykiem. To była część pracy lekarskiej, a ona nie należała do kobiet, które wszędzie doszukują się podtekstu.


    Ninath

    OdpowiedzUsuń
  8. Dziewczyna uśmiechnęła się delikatnie widząc lepiej oczy lekarza i słysząc jego odpowiedź. W prawdzie miała co innego na myśli niż zwykły brak kontaktu wzrokowego, jednak uznała, że ten temat poruszy dopiero po badaniu.
    - Mroczki, tak, a zawroty, może nie tyle zawroty co potrójne widzenie, wybacz, ale nie orientuję się czy to jedno i to samo – odpowiedziała, wolała nie wprowadzać lekarza w błąd, w końcu diagnoza była bardzo istotna w przypadku leczenia, a ona o leczeniu wiedziała jedynie tyle ile babcia zdążyła ją nauczyć. Chociaż te lekcje przypisała by bardziej pod zielarstwo, bardzo podstawowe zielarstwo. Słyszą kolejne polecenie otworzyła usta i powiedziała „a”, nawet ją to nieco bawiło, przynajmniej fakt, że robi to po raz pierwszy w życiu. Z subtelnym uśmiechem wróciła spojrzeniem do Eizen’a i słuchała tego co mówi. Zaczęła się też lekko wiercić, gdyż przedmiot pod jej pośladkami zaczął wywoływać znaczny dyskomfort. Kiedy lekarz kierował się w stronę śmietnika, ona lekko zmarszczyła czoło i wstała z miejsca, oglądając się na krzesło. Książka? Japonka zaintrygowana sięgnęła po nią.
    - Dobrze, będę stosować się do poleceń – odpowiedziała i korzystając z okazji wyrzucania przez Eizen’a śmieci spojrzała na tytuł.
    - „Jak zdobyć jej serce” – przeczytała na głos i z uroczym uśmiechem spojrzała na lekarza.
    - Oh, lubi Pan romanse? Czy może tytuł jest mylący i chodzi o jakąś operację serca? – zapytała zaintrygowana i zaraz odwróciła książkę, aby przeczytać jej opis.

    Rei

    OdpowiedzUsuń
  9. Rei nie patrząc na lekarza czytała spokojnie opis książki, jednocześnie słuchając jego odpowiedzi, zaskoczona nią podniosła wzrok na plecy mężczyzny i zamrugała szybciej oczyma. Czyżby wprawiła go w zakłopotanie? Uśmiechnęła się delikatnie. No tak, romanse to w końcu literatura głównie przeznaczona dla kobiet. Ta myśl szybko zaatakowała jej głowę, chociaż osobiście nie podzielała tej ogólnej opinii. Wróciła do czytania opisu i kiedy została jej zaledwie linijka książka nagle zniknęła. Dziewczyna drgnęła lekko, zaraz jednak podniosła rozbawione spojrzenie na lekarza i uśmiechnęła się uroczo.
    - Oh, rozumiem, szkoda by było przegapić jakąś istotną stronę, w końcu operacje serca to nie przelewki – odpowiedziała, nie ukrywając delikatnego rozbawienia, jednocześnie kontynuują grę, którą lekarz sam zaczął. W prawdzie w jego tonie nie można było wyczuć wstydu, ale gesty jakie wykonywał zdecydowanie świadczyły, że książka była pewnego rodzaju tajemnicą. Zachowanie lekarza na swój sposób wydało się dziewczynie… urocze? Nie, to odbierałoby męskości Eizen’owi… Nie umiała znaleźć odpowiedniego słowa, ale po prostu była miło zaskoczona. Słysząc kolejną wypowiedź podniosła wzrok, te 24cm różnicy wzrostu robiły swoje… Odważyła się nawet stuknąć palcami tricorn lekarza, tak, aby znowu lepiej widzieć jego oczy.
    - A moim zdaniem dalszą edukacją nigdy nie zaprzątamy sobie głowy Panie doktorze – wtrąciła, po raz kolejny posyłając mu subtelny uśmiech. Powędrowała również za nim wzrokiem kiedy się oddalił, jednak widząc uniesioną w górę rękę przeniosła spojrzenie na dziewczynę. Zaśmiała się serdecznie słysząc pytanie i zbliżyła się do Esriel.
    - Wiesz, wydaje mi się, że najpierw doktor sam musi skończyć swoją lekturę, a kiedy już to zrobi, to możesz zgłosić się ponownie, ale musisz dać mu trochę czasu. Lepiej żeby ją dokładnie przeczytał, podobno diagnostyka jest bardzo istotna – odezwała się do dziewczynki i spojrzała po wszystkich.
    - Co do diagnostyki, ma ktoś ochotę na coś ciepłego? Kawa? Gorąca czekolada? – tu zatrzymała wzrok na Eizenie. – Panu też przyda się mała przerwa – zaproponowała z pogodnym uśmiechem.

    Rei

    OdpowiedzUsuń
  10. Japonka posłała Esriel ciepły uśmiech kiedy ta nie wnikała zbyt głęboko w szczegóły wyjaśnień. Słysząc jednak o puddingu popukała się palcem po brodzie. Zdecydowanie nie należał do ciepłych napoi i na festiwalu raczej ciężko byłoby o tego typu przysmak. Pewnie odezwałaby się w tej sprawie, jednak głos zabrał Eizen i dziewczyna stwierdziła, że nic więcej dodawać nie musi. Mimo wszystko wzrok zawiesiła na pacjentce doktora i ocknęła się dopiero, gdy usłyszała swoje imię.
    - Tak, oczywiście, że idziemy – odpowiedziała ruszając zaraz w jego stronę i posłała mu wdzięczny uśmiech.
    - Bez obaw, jeżeli cokolwiek będzie nie tak od razu Pana poinformuję – zapewniła równając krok z lekarzem. Słysząc „dialog” zza plandeki obejrzała się w stronę dziewcząt, jednak szybko wróciła wzrokiem do twarzy Eizen’a, a na jej twarzy zagościł nieco szerszy uśmiech.
    - Trzeba przyznać, że dziewczyna jest ciekawa świata – rzuciła nieco rozbawiona. Sama nie dysponowała jakimś sporym biustem więc łatwo było jej postawić się na miejscu Celine, jednak nie czuła z tego powodu jakiegokolwiek dyskomfortu.
    - Nie wiem jak Pan, ale ja mam ochotę na gorącą herbatę – przyznała, kierując się w stronę jednego ze straganów. – Chyba zaraz zaczyna się pokaz talentów, można by przysiąść przy scenie. Co Pan na to? – zaproponowała gdy stali w kolejce po napoje.

    Rei

    OdpowiedzUsuń
  11. Rei zaśmiała się delikatnie.
    - Naprawdę rzadko? Ja mam wręcz odwrotnie, ale to pewnie z powodu praktyk w szkole. Widuję tam głównie młode stworzenia – przyznała i zaraz przyjrzała się dokładniej lekarzowi. Ciężko było określić jego wiek, gdy miał zasłoniętą twarz, z postury nie wyglądał na wiekowego, jednak oczy miał specyficzne, podobno to one odzwierciedlały duszę.
    - Istotne jest to na ile się Pan czuje, nie na ile wygląda – rzuciła pogodnie posyłając mu kolejny delikatny uśmiech. Chcąc nie chcąc, skoro po głowie chodziły mu romanse, to raczej nie szykował się na tamten świat, o ile w ogóle był śmiertelny. Japonka zadowolona przytaknęła głową, gdy Eizen wyraził aprobatę względem jej pomysłu. Ona również nie miała okazji widzieć takich pokazów, więc chciała wykorzystać okazję. Gdy usiedli już na wyszukanym przez jej towarzysza miejscu dziewczyna oplotła dłońmi swój kubek i powąchała napar, przymykając delikatnie oczy. Uwielbiała zapach herbaty. Zaraz jednak podniosła powieki i spojrzała na doktora.
    - Przyznam, że i mnie mocno to miejsce kusiło, jednak ciężko byłoby pogodzić wszystkie moje obowiązki z koniecznością dojeżdżania. Pół dnia spędziłabym w podróży – zaśmiała się lekko. – Poza tym, uważam, że w każdym miejscu, nawet spokojnym, od czasu do czasu przyda się jakieś zamieszanie i nowa porcja plotek – dodała nadal rozbawiona, przyglądając się jednocześnie kombinacją Eizen’a z bandaną.
    - Dlaczego to nosisz? – zapytała zaciekawiona. – Wydawało mi się, że Mortiel jest krajem otwartym na inności, a jesteś już drugą osobą, którą spotykam w krótkim odstępie czasowym, zasłaniającą swoje oblicze – przyznała, nie bardzo rozumiejąc to całe maskowanie.

    Rei

    OdpowiedzUsuń
  12. Pokiwała głową, gdy kazał jej się rozebrać. Z trudem rozpięła granatową koszulę, którą miała na sobie. Na szczęście doktor jej pomógł, a ona nie miała z tym jakiegoś większego problemu. Jako lekarz miał taką pracę. Dodawanie sobie niepotrzebnych teorii do cudzej pracy było idiotyczne. Zapięcie jej biustonoszu znajdowało się z przodu, toteż po rozpięciu i umożliwieniu zbadania klatki piersiowej, same piersi pozostawały w minimalnym stopniu zakryte. Oddychała ciężko, z trudem. Z całej siły zapierała się o krawędź leżanki, na której siedziała, by przypadkiem nie spaść. Wykonywała każde polecenie Eizena związane z przebadaniem jej osoby. Wykonywała polecenia doktora, gdy ją badał. Słuchała go też przy okazji, chociaż jeśli miałaby być szczera, to jego słowa bardzo szybko ulatywały w tym momencie z jej pamięci. Nie była w stanie się nawet porządnie skupić na tym, co mówił. A więc gorączka zapewne znowu uległa pogorszeniu.
    - Animu…- zaczęła, powtarzając za mężczyzną, ale darowała sobie. W zakamarkach jej umysłu paliła się lampka, krzycząca iż wie co to jest. Niestety, owa lampka była zakrywana przez choróbsko, które bezkarnie rozprzestrzeniało się po jej ciele.
    - To dobrze… - zebrała się w końcu, aby powiedzieć coś z sensem. Głos przy tym jej drżał. – Zabiłabym się, gdybym nie mogła już więcej czarować, doktorze – dodała ze smutnym uśmiechem. Magia, która pozostała altmerce, to jedyna rzecz jaką mogła na zawsze zatrzymać ze świata, który utraciła. To była część jej życia. Coś, z czym się urodziła. Naprawdę się cieszyła, że doktor potrafił jej pomóc. Nie miał nawet pojęcia ile dla niej robi. Przyglądała się jak zręcznie pracuje razem ze swoją asystentką, czekając co będzie dalej.

    Ninath, kto by się spodziewał? XD

    OdpowiedzUsuń
  13. Zasłanianie twarzy było dla dziewczyny naprawdę dziwnym, ale i ciekawym zjawiskiem, dlatego też bacznie obserwowała doktora, gdy ten udzielał odpowiedzi. Zmarszczyła delikatnie brwi słysząc o mieszkańcach, jednak milczała, słysząc, że to nie koniec wypowiedzi. Wysłuchała Eizen’a do końca i dopiero wtedy postanowiła zabrać głos.
    - Oczywiście, że posiadam, nie bez powodu zadaję pytanie. Jego powodem jest ciekawość i chęć poznania Pańskich działań, nie tylko Pańskich – zaczęła upijając ciepły napój. – Wydaje mi się jednak, że właśnie przez takie działania tutejsi mieszkańcy są tak nietolerancyjni, no bo… Skoro ktoś chowa przez nimi swoje inności, to znaczy, że się ich wstydzi, a to sprawia, że inni czują się lepsi i pozwalają sobie na szyderczość – stwierdziła, uśmiechając się ciepło do lekarza, by po tym przenieść wzrok na pierwszy z pokazów. – Proszę mnie tylko źle nie zrozumieć, nie chcę Pana oceniać, tym bardziej, jeżeli motyw działania jest głębszy niż wstyd czy chęć ukrycia tożsamości. Po prostu musiałam zapytać. Przedstawiono mi to miejsce jako… Jako krainę nietkniętą przez człowieka, a widzę, że nie różni się ona tak bardzo od ludzkich osad, jedynie zakłada zmianę tego stanu rzeczy. Mam nadzieję, że dożyję lat, zaniku działań ewolucji, która sprawiła, że wiele ras po prostu wyhodowała sobie humanoidalną postać, dopasowując się do otoczenia ziemskiego – przyznała i zaczęła klaskać, gdyż dziewczynka na scenie właśnie zakończyła występ taneczny. Oczywiście cały czas obserwowała uczestniczkę, od czasu do czasu przeskakując wzrokiem na swojego towarzysza.

    Rei

    OdpowiedzUsuń
  14. Słuchała go z zaciekawieniem, jednak i ona w pewnym momencie spojrzała bardziej ku ziemi. Chcąc nie chcąc musiała przyznać mu rację. Przez chwilę przestała zwracać uwagę na występ, po prostu wróciła do mężczyzny wzrokiem i zawiesiła go na jego zasłoniętej twarzy. Gdy skończył mówić znowu posłała mu subtelny uśmiech i kiwnęła głową.
    - Racja, w przypadku emocji zgodzę się, jednak… Nie uważa Pan, że wyśmiewanie czy zwracanie uwagi na inności tutejszych stworzeń jest czymś… dziwnym? Przecież właśnie te inności były powodem pogromu i… Po prostu nie przeszkadza mi to, że emocjonalnie jesteśmy do nich podobni, raczej to, że jesteśmy różnorodnymi jednostkami, a tak jak ludzie wielu z nas stara się zamknąć innych w pewnych ramach, zabijać w zarodku indywidualności. Szkoła jest tego najlepszym przykładem, nawet tutaj dzieci potrafią być wredne dla istoty, która nie panuje nad umiejętnościami, głównie tymi „strasznymi” jak bycie medium, przewidywanie śmierci czy widzenie przeszłości. Wiele z nich idzie za głosem tłumu, ale kurczę, skądś przykład biorą. Chciałabym tylko żeby to się zmieniło, ale na to zapewne potrzeba jeszcze sporo czasu – wzruszyła ramionami i upiła herbaty, dopiero teraz patrząc na ogniste popisy. Sztuczki przypadły jej do gustu i od razu uśmiechnęła się szerzej. Słysząc o wygodzie zaniosła się lekkim śmiechem.
    - Tak, tu też mogę się zgodzić, chociaż powiem szczerze, że w niektórych przypadkach przydałaby się dodatkowa para rąk czy macek – zażartowała raz jeszcze śmiejąc się delikatnie. Po chwili przyszło jej znowu zaklaskać i ujrzeć na scenie znajomą twarz małej, zadziornej dziewczynki. Zamrugała szybciej oczyma.
    - Och, znam tę małą – zauważyła, rozpoznając w niej córkę swojego nauczyciela, Ines, jeżeli dobrze pamiętała. Szkrab zwinnie wgramolił się na górę i już zaraz, z szerokim uśmiechem na ustach i pełna energii wykonała jakąś żwawą piosenkę, zabawnie podrygując przy tym biodrami. Rei mimowolnie zaśmiała się, gdyż zachowanie dziewczynki było po prostu urocze.

    Rei

    OdpowiedzUsuń
  15. Może i było zbyt ekstremalne, ale życie ze świadomością, że już nigdy nie mogła by użyć żadnego czaru, odnaleźć sposobu by wrócić do swojego świata – to było za wiele, by mogła to znieść. Wolałaby już zginąć, mając nadzieję, iż jej dusza powróci do odpowiedniego wymiaru. Z drugiej strony, tutaj też zdążyła już ułożyć sobie życie. Miała przyjaciół, istoty, które zawsze stały za nią murem, chociaż osobiście starała się ich odtrącić. Była wobec nich nieco zbyt okrutna, bezduszna. Niestety, nie potrafiłaby się przyznać do tego przed nikim. Prawie przed nikim. Mimo że doktor żartował, słowa te faktycznie dotknęły wnętrza kobiety. Na szczęście zmęczenie jakie jej towarzyszyło nie pozwalało zbytnie jakkolwiek zmieniać mimikę. Wyglądała po prostu na wykończoną. Postanowiła się uśmiechnąć mimo wszystko do doktora.
    - Może mieć Pan rację – wymamrotała, zaciskając uścisk dłoni na kozetce. Zaśmiała się delikatnie. – Spokojnie, dam Panu zarobić, przynajmniej na tej chorobie – dodała identycznym tonem głosu.
    Przyglądała się pracy Eizena oraz Celine. Jego towarzyszka wyglądała niezwykle spokojnie. Widać było, że ufa doktorowi. Gdy tylko wyszła, rudowłosa oparła głowę o ścianę, oddychając głębiej. Cholera, nienawidziła gorączkować. Zwykłą ranę dało się znieczulić, szybko opatrzyć i działać dalej. W przypadku gorączki sprawa wyglądała całkiem inaczej. Otumanione zmysły hamowały jakiekolwiek przepływ many elfki. Zresztą, nie była w stanie sklecić porządnego zaklęcia. Nienawidziła tego stanu, tej bezradności.
    Słysząc kroki mężczyzny, świadczące o tym, iż się zbliża, spojrzała na niego z półprzymkniętych powiek. Pokiwała porozumiewawczo głową, przyglądając się fiolce. Gdy tylko ją otworzył poczuła nieprzyjemny zapach. Cóż, nie da się złamać tylko dlatego, że coś smakuje paskudnie. Na Auri Ela, jest jednym z najsilniejszych magów pochodzących z Summersent, dumną członkinią Gildii. Jeden napar jej nie pokona. Pokiwała głową, odbierając szkło. Zamknęła oczy, przykładając je do ust. Przechyliła fiolkę, wypijając wszystko na raz. Bogowie, smakowało gorzej niż cokolwiek co do tej pory miała w ustach. Gdy tylko naczynie było puste, odłożyła je, krzywiąc się w niesmaku.
    - Vishante kaffas! – odchrząknęła, wierzchem dłoni przejeżdżając po ustach, żeby zebrać z nich resztki napoju. – Ohydne… - dodała jeszcze. Nie miała nawet ochoty pytać z czego to było zrobione. Oby tylko podziałało. Wróciła wzrokiem do Eizena, gdy zaczął tłumaczyć jej działanie leku, a także następne etapy choroby. Obrzydliwy smak nadal pozostawał w ustach, jednak była w stanie z nim wytrzymać. Gdy tylko wróci do siebie, natychmiast umyje zęby…ze trzy razy.
    - Grunt, że zejdzie chociaż na chwilę. Mam jej dość – odpowiedziała do siebie, dalej słuchając co mówi. Wstała powoli z kozetki, odbierając receptę. Schowała ją do niewielkiej torebki, którą miała przy sobie.
    - Zwolnienia nie musi Pan wypisywać, w Gildii zlecenia przyjmujemy na ochotnika, byleby nie siedzieć cały rok rzycią przy kominku – odpowiedziała, nieco swobodniej niż kilkanaście minut temu. Czyzby już zaczęło działać? W takim razie ten paskudny smak był tego warty.
    - Ile jestem winna za wizytę? – zapytała jeszcze.

    Ninath

    OdpowiedzUsuń
  16. [To jak już to opowiadanie klepniesz, ja się zgłosze tu też :) ]

    Meliodas

    OdpowiedzUsuń
  17. Wyszedł do szkoły zwyczajnie o wiele za wcześnie. Po drodze zakupił gazetę z najnowszymi wiadomościami, rzucił żebrzącej kobiecie srebrną monetę i kupił sobie suchą bułkę oraz ogórka kiszonego.
    Do szkoły przybył na dwadzieścia minut przed rozpoczęciem zajęć. Dzieciaki już wesoło biegały po dworze, witając się z nim raz po raz. Odmachał im tylko i otworzył budynek. Nie miał zbyt wielu podopiecznych, ale i 16-nastu wystarczyło by wejść mu na głowę. Przynajmniej zdołały się nauczyć, że przed lekcjami lepiej nie zawracać mu gitary.
    Zaparzył sobie kawy i usiadł nad gazetą. Przesunął wzrokiem po głównej stronicy, w której to ostrzegano przed burzą śnieżną.
    Parsknął krótkim śmiechem. Burza śnieżna. Dobre sobie. Od lat nie widział takiej z prawdziwego zdarzenia. Jeśli ma przyjść to niech przychodzi. Z otwartymi ramionami ją przyjmie. Odłożył gazetę na bok, uznając ją - już jak zwykle - za stek bzdur, a potem zajął się swoim śniadaniem.
    Lekcje zaczęły się punktualnie z wybiciem 9.00, bo przecież nikt nie lubił budzić się o 6 rano, by zdążyć na ósmą. Już siódma stanowiła pewne wyrzeczenie, ale tyle był w stanie przeżyć. Przebiegały normalnie. Dzieciaki wesoło ze sobą gawędziły, odpowiadały na pytania i sporo notowały w swych zeszytach. Potem nastąpiła przerwa i tuż po niej mieli rozpocząć praktyczne zajęcia.
    Lecz nagle zerwał się silny wiatr. Ściany zatrzęsły się w posadach, a resztki okien zadygotały niebezpiecznie. Cholera. Czyżby gazeta tym razem mówiła prawdę? Odruchowo zerknął przez ramię i zaklął siarczyście.
    Dzieciaki wpadły w panikę, póki na nie nie wrzasnął.
    - Strach nic tu wam nie pomoże - fuknął na nie, nieco wyprowadzony z równowagi. No i pięknie. Jeśli okazałoby się, że utknęli tu na dłużej to nawet nie miał czym wykarmić te bękarty. Upewnił się, że drzwi zostały zamknięte za sam odetchnął głęboko. Na co mu nadludzka siła, skoro zbyt wielu przydatnych w tym wypadku zaklęć nie znał?
    - Kontynuujmy - uznał, że najbezpieczniej będzie potraktować tę anomalię pogodową normalnie. Przy okazji dzieciaki rozgrzeją się trochę i przestaną się tak bać.
    ~.~
    Jednak burza śnieżna trwała dalej. Nie skończyła się po trzech czy czterech godzinach i wkrótce nastał wieczór, a potem przyszła i noc. Melodias stracił poczucie czasu, a zmęczone dzieciaki siedziały w kącie przy niewielkim ogniu, który razem rozpalili wrzucając do środka wszystkie papiery, jakie mogli znaleźć. Opatuleni kocami, próbowali nie stracić ciepła, a mimo to ich temperatura ich organizmów powoli zaczynała spadać. Nawet on wydychał parę i szczękał zębami, ale miał większe zmartwienie. Dach mógł w każdej chwili załamać się pod naporem śniegu. Odruchowo nałożył na swoją "rodzinkę" ochronne zaklęcie. Póki znajdowali się w tej bańce nic im nie powinno się stać, o ile ktoś znajdzie ich wystarczająco szybko.

    Meliodas [ok, mówiłem, że będzie nudno]

    OdpowiedzUsuń
  18. [Dobra to lecę z tym koksem xD]

    To miał być zwykły dzień, ale już od samego rana mógł wyczuć napięcie panujące na ulicach. Kiedy zmierzał pewnym krokiem w stronę swojej szkoły, czuł zagęszczającą się atmosferę. Aż oddychać się nie dało. Coś wisiało w powietrzu i nie miało to być nic dobrego. Miał tylko nadzieję, że ominie ich szerokim łukiem, dlatego lekcje planował przeprowadzić normalnie.
    Powiadają, że przezorny ubezpieczony. Zawrócił więc po swoją broń. Należał do tych, co zawsze znajdą wspólny język, ale nie ufają zbyt wielkiej grupie istot. Dotarł do budynku szkoły nieco spóźniony.
    - Piękny przykład dajesz - zganił sam siebie i otworzył drzwi do magazynu. Ku swojemu zdumieniu był on pusty. Zaklął szpetnie, a budynek zatrząsł się od pobliskiego wybuchu.
    Świetnie, wprost genialnie. Odetchnął głęboko i już miał ruszać z powrotem by odnaleźć "swoje" dzieciaki, gdy drzwi otworzyły się na oścież, a do środka wlał się tłum dzieci.
    - Co się dzieje? Tyle żołnierzy pod drodze! - dzieci wyglądały na przerażone. Otoczyły go wianuszkiem, zamykając za sobą drzwi. Nie wiedziały co się dzieje z ich rodzicami, ani skąd te wybuchy. Kilkoro oberwało odłamkami szkła, a Klaus miał dość sporą ranę w boku.
    - Spokojnie - Meliodas wbił swój miecz w podłogę i pomasował sobie skronie w momencie drugiego wybuchu. Zacisnął mocno szczęki, robiąc prowizoryczny opatrunek Klausowi. Nie był dobry w te klocki. Siebie może i by opatrzył, ale dziecko? To zupełnie inna historia. Na szczęście udało mu się dobrze ucisnąć, by krwawienie ustało. Wypuścił ze świstem powietrze z płuc i wskoczył na rękojeść, by w spokoju policzyć swych podopiecznych.
    Powiódł wzrokiem po znajomych, choć mocno przerażonych twarzach. 15... od której strony by nie patrzeć było ich 15-naście.
    - Gdzie jest Ana? - zapytał najbliżej stojącej Marie. Dziewczyny były najlepszymi przyjaciółkami i mieszkały obok siebie, a Ana... Ana zawsze pakowała się w kłopoty. - Marie! Gdzie jest Ana? - uważniej przyjrzał się przerażonej dziewczynce.
    - Ja...ja nie wiem... nie było jej... nie było, a ja... bałam się, bałam! - dziewczynka dokończyła zanosząc się płaczem, gdy budynek znów się zatrząsł. Huk był tak potężny iż poruszył szyby w magazynie. Póki co byli bezpieczni, ale nie był pewien na jak długo.
    - Spokojnie... - zagryzł wargi zastanawiając się co robić. Najchętniej zaszyłby ich w piwnicy, a sam udał na poszukiwania zaginionej dziewczynki, ale nie mógł zostawić tu tych przerażonych istot. Szlag!
    - Ok, Adrien zrób wszystkim herbaty - zwrócił się do najstarszego z dzieci. - Marie, rozpal w kominku, Axel... leć do pokoju nauczycielskiego po czyste ręczniki i niech ktoś przeniesie Klausa na kanapę - zaczął wydawać polecenia, by skupić się na tym co mógł teraz zrobić.
    Do jego uszu dobiegł szczęk otwieranych drzwi. Dzieci niespokojnie zerknęły w ich stronę, a on sam w mgnieniu oka znalazł się tuż przy nich, mierząc w przybyszów mieczem.
    - Nie przypominam sobie, bym kogoś zapraszał - zauważył chłodno, uważnie obserwując dwójkę intruzów. Był ostrożny. Nie pozwoli skrzywdzić swoich podopiecznych. Co do tego nie było żadnych wątpliwości. - Czego chcecie? - warknął.

    Meliodas
    [ok, będzie lepiej :)]

    OdpowiedzUsuń
  19. Blondyn zacisnął mocniej dłonie na mieczu, gdy tylko zauważył ruch mężczyzny i przez moment kalkulował sytuację w milczeniu. Nie odwrócił wzroku od Eizena nawet, gdy ten się wyprostował a kobieta wyjaśniła ich cel pobytu w Girie. Jeszcze przez chwilę obserwował ich w milczeniu, a potem również się wyprostował, przerzucając miecz przez ramiona.
    - W porządku - odsunął się, wpuszczając intruzów do środka. - Miejsca starczy dla wszystkich - zapewnił spokojnie, choć nie do końca mu się to podobało. Dopiero wzmianka o lekarzu nieco go otrzeźwiła. Klausowi z pewnością przyda się opieka medyczna. Zamknął za nimi drzwi i wrócił do dzieci.
    - Spokojnie, nic wam się nie stanie - zapewnił wystraszone maluchy i wysilił się na nikły uśmiech. Nadal pozostawał problem brakującej Any, ale teraz tym bardziej nie mógł tu zostawić dzieciaków. Nie ufał przybyłym.
    - Kawy? Herbaty? - zaproponował widząc, że tych troje wygląda na zmarzniętych. Był tu gospodarzem, więc po prostu wypadało coś powiedzieć. Nieco oczyścić atmosferę.
    Wreszcie odstawił swą broń pod ścianę, by zapewnić ich o swych pokojowych zamiarach. Jakby nie patrzeć nie rzucili się na dzieciaki i nie próbowali zrobić żadnego gwałtownego ruchu, a on nie lubił mieć wrogów. Zdecydowanie zbyt wielu wciąż chodziło po tym świecie.
    Machnął dłonią w stronę Adriena, a chłopak od razu się zreflektował i pognał do pokoju nauczycielskiego, by zrobić wszystkim coś ciepłego do picia. On sam podszedł do doktora i wyciągnął w jego stronę dłoń.
    - Proszę mi wybaczyć, jesteśmy w Girie. Nigdy nie wiadomo, kto pojawi się po drugiej stronie - żachnął się, nieco przepraszając za swoje maniery. - Meliodas, a to... to moi podopieczni - wyjaśnił. - Mamy małą awarię. Klaus... - zerknął na leżącego na kanapie chłopca. - ...dość mocno oberwał. Udało nam się zatamować krwawienie, ale żaden ze mnie lekarz, więc... jeśli to nie problem, mógłbym prosić o obejrzenie chłopca? - poprosił tylko, wciąż jednak bacznie obserwując kobiety.
    Nie ufał nikomu i ciężko mu było się przekonać do innych istot. Zwłaszcza, gdy na dworze szalały zamieszki, a wybuchy raz po raz zbliżały się w stronę szkoły. Zacisnął mocniej wargi gorączkowo myśląc jak sobie z tym poradzić. Właśnie w tych sytuacjach żałował, że jest tylko demonem. Nie mógł rzucić zaklęcia ochronnego, ani ogrzać pomieszczenia. Westchnienie wyrwało mu się z piersi, ale przecież nie mógł pokazać dzieciakom jak bardzo się martwi. Dlatego też narzucił na twarz uśmiech i próbował pogodnie podchodzić do sytuacji.

    Meliodas

    OdpowiedzUsuń
  20. Skrzywił się mając wrażenie, że zaraz dostanie po łbie od nieznajomego. Na większość pytań nie potrafił odpowiedzieć, bo zwyczajnie nie miał pojęcia jak to się stało i co w niego trafiło. Zacisnął pięści wściekły na samego siebie, ale po krótkiej chwili trochę się opanował. Nie będzie tu przecież wybuchał. Nie przy nich wszystkich.
    - Nie wiem od czego ta rana, wiem że jest głęboka – odparł spokojnie. – Mógł ją zarobić około godziny temu. Chwilę to zajmuje by tu dotrzeć, a dzieciaki były spóźnione – mruknął podpierając tym swoje przypuszczenia. Nie będzie tu z palca ssał łatwego kłamstwa. Tak chłopcu nie pomoże.
    - Rana została przemyta wodą, niczego innego nie stosowałem – dodał zaraz. – Mam czyste prześcieradła i bieżącą wodę. Apteczkę też – dodał zaraz gotowy wysłać kolejnego dzieciaka po przybory. Widział, że mężczyzna stara się nie dotykać ciała dziecka, by przypadkiem mu nie zaszkodzić. Przynajmniej zachowywał się niczym prawdziwy lekarz. To dobry znak. Meliodas wsunął dłonie do kieszeni i odetchnął głęboko. – Mów jeśli czegoś potrzebujesz, lekarz ze mnie żaden… ale mogę ci chociaż udostępnić przegotowaną wodę, czy zawartość apteczki. Akurat tę mamy dobrze wyposażoną – pilnował, by nigdy niczego w niej nie brakowało. Miał nawet zapasy środka przeciwbólowego, ale bardzo rzadko musiał się do niego uciekać.
    - Klaus jest zmiennokształtnym – przypomniało mu się. Być może była to istotna informacja. Pewności nie miał żadnej, ale zwykle lepiej było dopowiedzieć wszystko co się wiedziało. Odsunął się trochę od chłopca, dając Lizenowi pole do pracy. Sam nie znosił, gdy ktoś mu wisiał nad ramieniem.

    Meliodas

    OdpowiedzUsuń
  21. - Przegotowana kranówka, przestudzona - odparł rzeczowo, zerkając przez ramię na pozostałe dzieciaki. Złapały kontakt z kobietami. Zrobiło mu się odrobinę lżej na sercu. Przynajmniej wiedział, że może je zostawić chwilę samych wraz z kobietami.
    Skinął lekko głową, a potem wskazał dłonią kierunek, po czym ruszył jednak przodem, choć wcale mu się to nie podobało. Tak odsłaniać plecy przed tym całym doktorem. Co prawda wydawał się znać na rzeczy, ale żadnej licencji nie widział na oczy, więc nie mógł stwierdzić czy przypadkiem go tu nie oszukiwał. Girie jednak miało swoje prawa, więc musiał poprzestać na słowach mężczyzny. Zwłaszcza teraz, kiedy odsłonił swoje plecy, odkrywając paskudną bliznę.
    - Alkoholu tu pod dostatkiem - rzucił jeszcze siląc się na pogodny ton, ale gdy tylko opuścili klasę, a drzwi zamknęły się za ich plecami, odetchnął głęboko i zmienił wyraz twarzy.
    - Darkling, tak? Brakuje mi jednej dziewczynki - oznajmił zaciskając pięści i mierząc go chłodnym spojrzeniem. - Nie mam bladego pojęcia co tam się zadziało i nie interesuje mnie to. Zamierzam ją tu sprowadzić - zgrzytnął zębami. - Nie mam ich z kim zostawić... ech mogę je z wami zostawić? - przełamał się i zadał to pytanie, choć zaraz po jego wypowiedzeniu poczuł, że popełnia straszliwy błąd. Ech, nienawidził na kimś polegać, ale w tym wypadku nie miał wyjścia.
    Doprowadził mężczyznę do pokoju nauczycielskiego, gdzie ten mógł umyć ręce. Zagotował wodę, po czym przelał ją do miski pozwalając nieco się jej ostudzić. Złapał butelkę spirytusu, który wcześniej zamierzał rozrzedzić i zrobić całkiem niezłe nalewki, a teraz najzwyczajniej w świecie cieszył się, że go tu zostawił.
    - To wszystko co posiadam - otworzył szufladę swojego biurka i wyciągnął z niej bandaże, środki przeciwbólowe, gazy, strzykawki, plastry oraz maści oraz igły z nićmi. - Nie jestem ci w stanie zaoferować nic więcej... - westchnął, teraz jeszcze bardziej żałując, że nie ma wśród nich żadnego wampira. Jego krew chociaż nadałaby się do wyleczenia chłopca.

    Meliodas

    [ech sorry za chaotyczność ]

    OdpowiedzUsuń
  22. Miał mu już powiedzieć, że to nie jest najlepszy pomysł bo nie miał pojęcia co dzieje się na zewnątrz i szczerze wolałby zostawić kogoś, kto na pewno potrafi obronić całą resztę z dzieciakami. Kobiety na takie nie wyglądały, ale z drugiej strony on sam też nie. Zacisnął więc mocniej szczęki i skinął głową.
    Gdy wrócili do klasy, pozwolił lekarzowi robić swoje, a sam odszedł na stronę wołając tam swych najstarszych uczniów, by wyjaśnić im sytuację. Uśmiechnął się do nich łagodnie, a potem nieco spoważniał.
    - Zostaniecie tu pod opieką pani Tokosaki i Celine – oznajmił choć widział już te niezadowolone twarze. Dzieci były zmęczone i przerażone. Nie chciały żadnych zmian, wolały zostać z nim, bo go znały i mu ufały. – Hej, ale ja tu wrócę i sprowadzę ze sobą Ann – dodał jeszcze nieco pogodniej, by mimo wszystko uspokoić swoich małych przyjaciół. – Jednak… nie wiem co tam się dzieje… - odetchnął głęboko i przez moment zamilkł. – Ech w razie ataku obrońcie maluchy. Możecie nawet i zrównać to miejsce z ziemię to nie ważne. Brońcie się tak, jak się uczyliśmy. Pokażcie, że Girie też ma jaja – poczekał aż każde z nich mu przytaknie i wrócił do doktora, by wysłuchać jego słów o stanie zdrowia Klausa. Odetchnął z wyraźną ulgą słysząc, że rana nie była aż tak poważna.
    - Dziękuję – odparł patrząc mu prosto w oczy. – Dziękuję za pomoc – dodał, zaraz zerkając na Klausa. Kiedyś w życiu by tych słów nie wypowiedział, ba nawet nie prosiłby o pomoc, bo zwyczajnie nie umiał. Dzisiaj przychodziły z łatwością, a on nie uważał by w jakikolwiek sposób mu ubliżały.
    - Jasne – Meliodas zabrał tylko miecz i przerzucił go przez ramię. Co prawda mógłby się i bez niego obejść, ale nie wiedział co zastanie w mieście. Być może będzie musiał walczyć na poważnie. – Zaczniemy od jej mieszkania. Skoro nie przyszła z Klausem i Marie to mogło się coś stać – zgrzytnął zębami. Znał swoje dzieciaki na tyle by wszelkie odskoki od normy wyłapywać. – Szukamy dziewięcioletniej dziewczynki, o takiej… - wskazał dłonią jej wzrost. – Blondynki… szkopuł w tym, że jest zmiennokształtna. Jeśli się boi… pewnie jest pluszowym misiem – westchnął przeciągle, ruszając biegiem przed siebie, mimo smagającego go po twarzy zimnego wiatru.

    Meliodas

    [skąd, wszystko gra : )]

    OdpowiedzUsuń
  23. Miał już mu odpowiedzieć, że to żadna różnica, bo w mieście i tak nie ma już co niszczyć. Większość budynków nadawała się do porządnej renowacji, ale na Girie nikt nie wkładał pieniędzy. Panowała powszechna opinia, że to miasto to raj dla zwyrodnialców. W porę ugryzł się w język i skinął głową.
    - Ten jeden raz poszli po rozum do głowy i oszczędzą niewinnych – zgodził się z nim czując postępujące zimno. Zerknął na swojego towarzysza i w tej jednej chwili pozazdrościł mu płaszcza. On ubrał się tak jak zwykle. Rano nic nie zapowiadało gwałtownej zmiany pogody.
    Nagły wybuch po lewej ogłuszył go na chwilę, a podmuch powybuchowy zachwiał jego postacią tak, że aż wpadł na swego towarzysza.
    - Sorry – mruknął teraz zerkając w stronę wybuchu. Nie podobało mu się, że zbliżały się one do znajdujących się w magazynie dzieci. Zacisnął mocno wargi. Był rozdarty między poszukiwaniami, a obroną pozostałych. Cholera! Stary, a ciągle te same rozterki. Skrzywił się zerkając na lekarza.
    - Na pewno wszystko w porządku? – upewnił się widząc jak ten łapie się za zraniony bark. Siła wybuchu przerwała ich bieg i przesunęła ich kilka metrów w tył. Nie dało się ukryć, że to tylko i wyłącznie z jego winy. Spóźnił się ułamek sekundy i pozwolił fali zepchnąć się z całą mocą na towarzysza.
    - Pospieszmy się – zacisnął zęby, lewą dłoń zaciskając mocniej na swym orężu. Miasto już widniało im na horyzoncie, ale coś było ewidentnie nie tak. Nie chodziło nawet o ciszę. Girie wyglądało na spowite swoistego rodzaju mgłą, a gdy tylko się do niego zbliżyli okazało się, że ta mgła wcale nią nie była.
    - Śnieg? – uniósł lekko brew, patrząc na to wszystko zaskoczony. Od kiedy przeniósł się do Girie nie uświadczył śniegu. Miła odmiana, można by rzec, ale w najgorszym możliwym momencie. Na dodatek mgła rozprzestrzeniała się w błyskawicznym tempie i już objęła w swe władanie las.
    Meliodas

    OdpowiedzUsuń